Polish English Persian Russian Spanish Turkish

Facebook - polub nas!

Znajdź skrytkę!

Polecamy

Filmy


Andrzej Stasiuk "Zima"

ANDRZEJ STASIUK

"Zima"


Wydawnictwo Czarne

Grzesiek

 

...Albo te wszystkie niepotrzebne już rzeczy, które leżą za chałupami w pokrzywach, te garnki emaliowane po wierzchu na niebiesko, w środku białe, a pomiędzy war­stwami kolorów już tylko rdza zmieszana z cząsteczka­mi tysiąca obiadów z czasu, gdy wzdłuż dróg stały sztachetowe płoty z nadzianymi sagankami jak wystawy dumnego dobrobytu, co tam kto ma najlepszego, lecz zawsze był to ciemny błękit i w słońcu wyglądały tak smutno, jak okopcone kawałki nieba. Albo te tandetne wielkie budziki, których nikt nie chciał naprawiać, i we­wnątrz ich mosiężnych mechanizmów lęgły się białe pę­dy perzu, pnące się ku światłu przez strzaskane szkieł­ko i cyferblat z jakąś zamarłą godziną piętnaście po trze­ciej nie wiadomo czy w nocy, czy w dzień, w niewiadomym miesiącu. Albo resztki łańcuchów po umarłych ze starości psach, zetlałe ogniwa, lekkie i mineralne jak biczyk z piasku, nie do odróżnienia od rudawych grudek ziemi, skąd kiedyś je wydobyto razem z całą resztą świa­ta, który teraz wolno i niezauważalnie kończy swój do­skonały i pełny obrót. I okruchy innych spracowanych maszyn też tam są: zastygłe koła kieratów z niemiecki­mi napisami jak z nagrobków, tryby i zębate przekładnie bez krzty smaru, pęknięte wędzidła bez śladu końskiej śliny, wyjedzone wilgocią aż po grzbiet kosy bez kropel­ki dźwięku, obręcze bez swoich beczek i piasty od przedwojennych wozów, w których obraca się nicość.

 

To wszystko osuwa się ze wzgórków, osuwa do poto­ków, woda nadgryza to wolno swoim delikatnym zębem i zgarnia w nurt Ryjaka, Wilszni i Wisłoki, by ponieść na północ w krainę zimnej śmierci i najgłębsze zapomnie­nie, gdzie ciemność i sól dokonają reszty.

I ursusy C340 też tam idą, i spalone upałem kombaj­ny vistula, i białe czerepy syrenek bosto i sedan, i puste odwłoki czarnych wołg, i objedzone do szkieletu wuefemki, i padłe z wysiłku eschaelki, i porzucone bez li­tości w lesie wszystkie mazurki Józka Ciumci ze spęka­nymi gąsienicami, z blokami porozsadzanymi mrozem. Wszystkie przyczepy z pegeerów, które zrobiły swoje i teraz mogą odejść, nysy, które woziły konkwistadorów minionego czasu, żuki, które resztką sił wróciły z ludowo-chłopskiego Eldorado, potulne rowery ural i rowery ukraina o siodłach jak kulbaki zaporożców, ciągniki DET jak wysokoprężne wersje oswojonych słoni i stalińce jak dieslowskie dinozaury, wszystko, co służyło do ostatniego oddechu, obrotu, teraz powraca do dzikiego królestwa minerałów, ponieważ świat nie kończy się hu­kiem, ale rdzewieniem.

A z kosmosu prószy metaliczny blask księżyca, jakby i on sam byt prostą i elegancką maszyną, i błogosławił swoich ziemskich braci, a przy okazji resztę znierucho­miałych raz na zawsze rzeczy, zarytych w aluwialnych warstwach czasu. I nie wiadomo, czy rzeczy, które żyły i umarły, będą zbawione, czy ktoś je wskrzesi i poskłada, czy jakiś eschatologiczny mechanik podłubie w nich nie­bieskim śrubokrętem i tchnie w nie nowy oraz wieczny zapas koni mechanicznych albo kilowatów, czy też ich nieskończoność będzie miała pogańską formę powrotu do praźródeł, czyli do rozkładu na elementarne cząstki.

Tak albo nieco podobnie rozmyślał Grzesiek, taszcząc do pomarańczowej syrenki zwój miedzianego drutu. Praco­wał już trzecią noc. Wczoraj i przedwczoraj przystawiał do słupów lekką składaną drabinkę i odcinał drut od izo­latorów. Teraz trzeba było wszystko zwinąć, zapakować i zwiać, zanim nadejdzie niecierpliwy czerwcowy brzask. Górna Radocyna wyglądała jak głęboki talerz pełen mgieł. Polska i słowacka noc fastrygowały się bez śladu nad granicą, a Grzesiek chwalił w duchu techniczny po­stęp, który pozwolił Straży Granicznej z telefonów na korbkę przesiąść się wprost na motorole.

- Ach, gdyby tak dało się zwinąć wszystko aż do Ko­niecznej, byłoby tego parę ton... - i jego wszechstronny umysł zaczął wykonywać arytmetyczne operacje, z któ­rych czarno na białym wynikało, że różnica między metalem kolorowym i szlachetnym jest w gruncie rzeczytylko ilościowa. Syrenka aż przysiadła, gdy wrzucił kolej­ny kłąb do bagażnika. Poklepał ją po dachu i w jego ser­cu smutek pomieszał się z czułością. - Jeśli wszystko do­brze pójdzie, staruszko, niedługo przyjdzie nam się roz­stać. Już dzisiaj powieziesz tyle, ile sama jesteś warta. - Zamknął delikatnie klapę. Księżyc zaczął staczać się w stronę Ondavki. Widać akurat tam miał zamiar prze­czekać nadchodzący dzień.

Syrenka pyrkotała i ostrożnie rozgarniała mgły. Jechali bez świateł. Od Wyszowatki przez krawędź Dębiego Wierchu przelewał się świt. Wzdłuż drogi stały czarne cienie i wydawało się, że to ziemia wypiętrza się i formuje w kształty drzew, krzewów i resztek tego, co po­zostało po wsi. Cmentarne nagrobki, niemiecka droga, ruiny starej szkoły, kapliczka z rosnącą w środku brzóz­ką miały wygląd rzeczy, które czas zostawił w spokoju, i teraz tylko geologia miała z nimi się uporać. Powietrze cierpliwie ocierało się o powierzchnię kamieni i próbo­wało dostać się do środka.

- No tak - pomyślał Grzesiek i słuchał, jak silnik zbie­ra się w sobie przed kolejnym podjazdem, a tłumik tłu­cze o kamienie. - No tak, przecież kiedyś maszyn było tu­taj jak na lekarstwo. Czego innego zresztą też. Wszystko wykonane na całe życie albo i więcej, bo z ojca na syna, a gdy w końcu coś się zużywało, to natychmiast przepadało bez śladu. Tak było nietrwałe, kruche i ubogie. Słabo wypalona glina, ledwo obrobiony kamień, drewno i skóra, z którymi ogień radził sobie łatwiej niż, dajmy na to, z ludzką kością. A jak mieli coś metalowego, to gładzili i ostrzyli tak długo, że po prostu przestawało istnieć. Dlatego tutaj nie ma prawie nic. Rzeczy żyją tak długo, jak długo ktoś się nimi opiekuje. Biedni niegdysiejsi złodzieje, biedniejsi od własnych łupów.

- Jezu, tysiąc osiemset siedemdziesiąt osiem - po­wiedział do siebie, gdy mijał kolejną kapliczkę z pia­skowca. Zapamiętał wyrytą na cokole datę, gdy wpadał do doliny na pierwsze rozpoznania. - ...siedemdziesiąt osiem, tylko trochę ponad setka, a jak pogrzebać w ziemi, to tylko parę zardzewiałych gwoździ, skorupy, trzy dupersznyty na krzyż, gliniany kogutek, guzik bez pętel­ki, szkiełko i żadnej pamięci, żadnych znaków, jakby ży­cie było tylko chwilowym rozszczepieniem światła, czy­li widmem, i po wszystkim zostaje gwizdawka, obrys fundamentów i pokrzywy.

Tak rozmyślał Grzesiek, albo jakoś podobnie, a nad Wyszowatką noc stawała w coraz większym rozkroku i wpuszczała w dolinę niebieskawe światło. Pomarańczo­wa syrenka toczyła się jak ciężki, błędny ognik. - Jeszcze parę kursów i nie zostanie tutaj nic, co byłoby cokolwiek warte. Trawa i drzewa, i zdziczałe jabłka na jesieni. Za późno się człowiek urodził. Trzeba było tu być w czter­nastym i piętnastym, jak Ruskie szli tędy na Wiedeń i zaraz potem wracali. Taki schwarzlose strzelał teoretycznie pięćset razy na minutę i każdy taki strzał to była łuska z czystego mosiądzu, i nikt tego nie zbierał, a Ruskie i Niemcy mieli jeszcze maximy, które potrafiły w minutę wywalić sześćset sztuk amunicji, i to też byt mosiądz jak złoto, czysty zysk, i wszystko zostawało. Wystarczyło wziąć koszyk i szło się jak na grzyby. Bo jak jest wojna, to wszystko jest jednorazowe. Pierdut i następne, nowe, a stare zostaje i pies z kulawą nogą nawet nie spojrzy, bo wtedy przecież są ważniejsze sprawy niż zbiórka surow­ców wtórnych. A jak pomyśleć jeszcze o artylerii, o tych pociskach grubych jak kanalizacyjne rury, o kawalerii i stosach mięsa, o rozpirzonych taborach ze wszystkim, co człowiekowi potrzebne: gacie, garnki, grochówka w puszkach, rozdupczone kuchnie polowe i komiśniak jak kamienie w trawie, manierki, menażki, marchew z groszkiem, pikelhauby i morituri te salutant, a teraz nic, przepadło i nie wiadomo, gdzie się podziało, jak zdmuchnięte. Wszystko jednorazowe jak ślubna sukien­ka albo becik do chrztu i nikt się nawet nie obejrzał ani nie zapłakał, chociaż co drugi był z wielodzietnej rodzi­ny, w domu raz dziennie coś ciepłego, a portki miały ła­ty szyte z pokolenia na pokolenie. Tak jakby rzeczy żyły tylko dla siebie i z łaski pozwalały się używać, zajęte swoim krótkim bytowaniem na tym świecie. Ludzie pę­tali się między nimi i tylko przeszkadzali. Tak to musia­ło wyglądać: spokojny heroizm haubic, hełmów, mosinów, mauserów i mannlicherów, a wokół historia, chaos w stylu Matko Boska i po co nam to było, i tylko oficero­wie musieli udawać, że wszystko idzie zgodnie z planem. Tak. Ludzie nigdy nie dorastają do swoich wytworów i przypominają facetów, których zaskoczyło ojcostwo, al­bo te rodzinki, co biorą pieska, a potem sto kilometrów od domu otwierają drzwi auta - pobiegaj sobie, Kajtuś - wrrr, i już ich nie ma.

Takie myśli przychodziły Grześkowi do głowy. Teraz znów było pod górę i patrzył, jak wskaźnik temperatury zbliża się do czerwonej kreski. - Jeszcze trochę - powie­dział cicho. - Jeszcze chwilę, wrzucę ci luz i nawet za­płon wyłączę. Będzie z górki i trochę ostygniesz.

Niebo na wschodzie zaczynało się srebrzyć i gwiazdy znikały jedna za drugą jak kamyki w wodzie. Przekręcił kluczyk i poturlali się w ciemnozielonym cieniu lesz­czyn bezszelestnie niczym ognista zjawa na bezdrożach nocy. Głaskał dźwignię biegów i poklepywał kierownicę. - Ale na złom nie pójdziesz. Kogoś ci znajdę. Może eme­ryta. Będzie o ciebie dbał i razem się zestarzejecie.

Koło retort do wypału węgla drzewnego stracili im­pet i Grzesiek włączył zapłon, ale myślami znów byt trochę gdzie indziej. Przez jego głowę sunęło coś jak magnetofonowa taśma z nagranym tekstem: Bo teraz wszystko jest jak cicha wojna, jak niewidzialny front. Niby nic się nie dzieje, spokój, a tyle tego pozostaje, jak­by wszyscy spieszyli się na złamanie karku. Żadna rzecz się nie starzeje, tylko raz dwa trzy umiera. Najpierw jest nowa, a potem w jednej chwili do niczego się już nie na­daje i pustka wieje wskroś przedmiotów. Puste zapalniczki, puste długopisy, puste flaszki i pudełka, i żarów­ki, bateryjki i skrzyneczki akai i funai pozbawione swych elektronicznych wnętrzności, telewizory, w któ­rych zamarł ruch, i białe pralki, w których nic już nigdy nie zawiruje, i radia z ciszą jak makiem zasiał w środku, opustoszałe szafy i szuflady bez zapachu, sony i sanyo zmarłe na elektroniczny zawał swych krzemowych serc, przedziurawione baloniki, opuszczone lalki, zdradzone misie, plastikowe kubki, które żyły tyle, ile jedno piwo, torebki po cukierkach, gazety jak jętki jednodniówki, a bliżej miasta nawet wycieńczone szare ciałka kompu­terów. Zupełnie tak, jakby jakaś armia przegrała i cofała się w panice, jakby każdy chciał z tej rozpierduchy oca­lić tylko własną głowę, a wszystko razem wygląda na panświatowy ruch absolutnego wyrzeczenia.

Przed Czarną Górą wrzucił jedynkę i powiedział gło­śno: - Ale z drugiej strony cała ta ludzkość przypomina nieboszczyka w trumnie, ubranego w tekturowe buty i garnitur też elegancki, tyle że jednorazowy.

A na świecie robiło się coraz jaśniej. Nic wprawdzie jeszcze nie rzucało cienia, ale kolory z wolna powracały na swoje miejsca. W każdym razie na tyle, by Grzesiek dostrzegł, że lizak, którym ktoś macha koło ruin leśniczówki, jest jak najbardziej biało-czerwony.