
Nasza podróż do Skopje była długa – i jak to z High Away bywa, zaczęła się w Zakopanem. Potem Słowacja, Węgry (z ich najwyższym szczytem po drodze), aż w końcu obowiązkowy przystanek w klimatycznym hotelu Radmilovac pod Belgradem… miejscu z duszą, gdzie od lat przewija się serbska bohema, a ściany pamiętają artystów, muzyków i długie wieczory przy winie. Trochę jak zatrzymać się na noc w galerii sztuki – tylko bardziej swojsko 🍷 A to dopiero początek 😉 Zapraszamy w podróż!
ZACZĘŁO SIĘ W ZAKOPANEM
Z High Away wszystko zwykle zaczyna się w Zakopanem – taka świecka tradycja. Tym razem też (choć plotki głoszą, że Kraków zaczyna podbierać starty… zobaczymy, co z tego wyjdzie 😉). Żeby nie wpadać na ostatnią chwilę, a w zasadzie zdążyć bo z dojazdem z północy wciąż jest tak sobie przyjechałem dzień wcześniej. Zameldowałem się na jedną noc w okolicach Wielkiej Krokwi i zgodnie z ambitnym planem „nicnierobienia, ale jednak coś” – wyruszyłem na lekkie powłóczenie. Najpierw Drogą pod Reglami, a potem odbiłem w stronę Doliny ku Dziurze do jaskini Dziura, bo przecież jak jest dziura, to trzeba zajrzeć ;) Ścieżka Dolina ku Dziurze szybko wprowadza w las, robi się ciszej, chłodniej i Zakopane zostaje gdzieś z tyłu. A na końcu – tytułowa jaskinia Dziura. Niby nic wielkiego, ale jest klimat - przynajmniej był kawłek skały 😉. Późnym popołudniem jeszcze obiad w knajpce pod Wielką Krokwią, a rano? Klasyka gatunku – zbiórka pod zakopiańskim dworcem, szybkie ogarnianie… i ruszamy. Kierunek: Macedonia. No to jedziemy! 🚐


NA NAJWYŻSZY SZCZYT WĘGIER - KEKES 1014m n.p.m.
No i zaczęło się na dobre – kilometry zaczęły znikać pod kołami, a my przecinaliśmy kolejne granice... Słowacja przemknęła gdzieś między rozmowami, aż w końcu dotarliśmy na Węgry… gdzie czekało nas wielkie górskie wyzwanie 😉Na horyzoncie pojawił się Kékes – dumny, najwyższy punkt kraju, całe… 1014 m n.p.m. Brzmi poważnie, prawda? No to teraz najlepsze - na szczyt można prawie wjechać autem 😄. Sama nazwa „Kékes” pochodzi od słowa kék, czyli „niebieski” – podobno przez charakterystyczny, lekko sinawy odcień gór widzianych z daleka. Trochę poetycko, ale trzeba przyznać, że coś w tym jest. Ale oczywiście – tradycja to tradycja – jako zdobywcy ostatni odcinek zrobiliśmy pieszo. To kilka kroków, a satysfakcja była :) Na górze znajduje się wieża telewizyjna z słusznie minionych czasów, kiedy wszystko budowało się „na poważnie” i z betonu. Jest też taki solidny, konkretny kamień szczytowy, żeby nie było wątpliwości że jesteś TAM. Zdjęcie przy nim to absolutny obowiązek, bo inaczej zdobycie się nie liczy – wiadomo 😉. I kolejny punkt z Korony Gór Europy odhaczony w tempie ekspresowym 😄. Potem po tym udanym 'szczytowaniu' był już klasyczny przejazd przez węgierskie równiny – długo i prosto, aż w końcu wjechaliśmy do Serbii i nawet granica poszła dosyć sprawnie... A tam, pod Belgradem czekał na nas nocleg z klimatem, czyli Radmilovac. I tu zaczyna się historia, której nie powstydziłby się bałkański film. Podobno bywa tu sam Goran Bregović, w kuchni rządzi szef z królewskiego dworu, a na deser serwują bezę Pawłowa tak dobrą, że zastanawiasz się, czy nie zostać tu na stałe. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim pojawił się jeszcze tatar – taki, że do dziś go pamiętam... Do tego wszystkiego dochodzi kelner, który – niezależnie od pory i dnia tygodnia – zdaje się być w dokładnie tym samym, bardzo „wakacyjnym” stanie 😄 I co najlepsze, to wszystko jakoś idealnie do siebie pasuje... Podobno jeden z pierwszych prywatnych hoteli w Serbii „po starej Jugosławii” – i wygląda trochę tak, jakby od tamtej pory robił wszystko po swojemu 😉 - królewski kucharz, bałkański klimat i kelner na stałym „poziomie relaksu” 🍷Zdjęć z Radmilovac nie będzie - bo i tak byście nie uwierzyli. Jedźcie i sprawdźcie sami...

SKOPJE - TU NAWET ALEKSANDER WIELKI JEST INCOGNITO
Rano Radmilovac budzi się powoli – a my razem z nim. Jeszcze ostatnie szybkie spojrzenie - na pewno kiedyś wrócimy i ruszamy dalej. Przed nami najpierw Kosowo. I tu robi się trochę ciekawiej, bo granica między Serbią a Kosowem to nie jest taka zwykła kreska na mapie. Serbia wciąż nie uznaje niepodległości Kosowa, więc formalnie sprawa wygląda inaczej w Belgradzie, a inaczej w Prisztinie. W praktyce oznacza to tyle, że warto wiedzieć, którędy się jedzie i gdzie się wjeżdża – bo nie każda kombinacja przejazdu jest równie oczywista. U nas jednak obyło się bez przygód – chwila kontroli i po wszystkim - jedziemy dalej. A potem to już tylko krok dalej – wjeżdżamy do Macedonii Północnej (to oficjalna nazwa). Nowy kraj, nowy klimat i początek zupełnie innej historii... I w końcu wjeżdżamy do Skopje. I już po kilku minutach wiadomo, że zasady ruchu drogowego istnieją tu raczej w formie… sugestii. Kierunkowskaz? Opcjonalny. Linie na jezdni? Dekoracja. Pierwszeństwo? Kwestia interpretacji i pewności siebie 😉Styl jazdy jest dynamiczny, ale zadziwiająco skuteczny – każdy wie, co robi, nawet jeśli z zewnątrz wygląda to jak dobrze zorganizowany chaos. A parkowanie? Tu zaczyna się prawdziwa sztuka. Chodnik, skwer, kawałek wolnej przestrzeni między dwoma autami, który teoretycznie nie istnieje – wszystko jest potencjalnym miejscem postojowym. I co najlepsze – to działa. Nikt się specjalnie nie denerwuje, nikt nie trąbi bez sensu, wszystko płynie swoim rytmem. Pierwsze minuty w mieście i już wiadomo - tu będzie ciekawie. Zatrzymaliśmy się w Hotel De KOKA, na skraju starej części miasta - nowoczesny budynek, banki, hotel… a tuż obok pomnik na koniu, jakby ktoś wrzucił kawałek historii w środek codzienności. Ten jeździec to Skanderbeg, czyli Gjergj Kastrioti, który w XV wieku skutecznie stawiał się Imperium Osmańskiemu i do dziś jest jedną z największych legend Bałkanów - bo w Skopje nawet „dzień dobry” zaczyna się od pomnika 😉. Najbardziej autentycznym fragmentem miasta jest Stara Čaršija – jeden z największych bazarów osmańskich na Bałkanach. Wąskie uliczki, niskie kamienice, warsztaty rzemieślników i meczety przenoszą w czasy, gdy Skopje znajdowało się pod panowaniem Imperium Osmańskiego. Tu czas się zatrzymał – przy kawie po turecku i zapachu grillowanego mięsa można zapomnieć, że to stolica kraju, bardziej czuć klimat małego, tętniącego życiem miasteczka niż nowoczesnej metropolii. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim wpadliśmy na obiad – kebab i do tego warzywa, soczyste, słodkie, pełne słońca. Bałkańska kuchnia to naprawdę poezja – trochę chaosu i dużo smaku... Wystarczy przejść przez Kamienny Most łączący brzegi Wardaru i nagle wszystko się zmienia. Most pamięta jeszcze XV wiek i czasy Imperium Osmańskiego – i przez te kilkaset lat widział więcej niż niejeden podręcznik historii. To nie tylko most nad rzeką, ale też przejście między epokami. Kilkadziesiąt metrów spaceru i zmienia się nie tylko architektura, ale i nastrój miasta. Z klimatycznej, trochę chaotycznej Čaršiji trafiasz w sam środek monumentalnej scenografii. Szerokie place, fontanny, kolumny i… pomniki. Dużo pomników. Naprawdę dużo… i przestajesz się zastanawiać „dlaczego?”, a zaczynasz „ile ich jeszcze będzie?” 😄A że trafiliśmy tu wieczorem, całość zaczęła żyć jeszcze bardziej – podświetlenia, kolory, odbicia w wodzie. Trochę teatralnie, trochę kiczowato, ale trudno oderwać wzrok... I gdzieś w centrum tego wszystkiego stoi on – oficjalnie „Wojownik na koniu”, a nieoficjalnie wiadomo kto 😉 Czyli Aleksander Wielki w wersji incognito. Bo formalnie nikt tu nie powie, że to Aleksander, o nie - ot, jakiś wojownik. Na koniu. Zupełnym przypadkiem bardzo przypominający jednego z najsłynniejszych wodzów w historii. Zupełny zbieg okoliczności 😉 Skąd ta ostrożność? Sprawa jest bałkańsko-grecko-historyczna. Grecja uważa Aleksandra za część swojego dziedzictwa – był królem starożytnej Macedonii, związanej ze światem greckim. Dlatego gdy współczesna Macedonia Północna zaczęła sięgać po te same symbole, zrobiło się… niezręcznie. Grecy uważają go za „swojego”, więc Skopje znalazło rozwiązanie idealne – pomnik jest, tylko imię się nie zgadza 😉 I temat załatwiony... A kilka kroków dalej kolejna historia – to właśnie tu w Skopje, nieopodal 'wojownika' urodziła się Matka Teresa z Kalkuty. No i jeszcze jedno – żeby zrozumieć dzisiejsze Skopje, trzeba cofnąć się do trzęsienia ziemi w 1963 roku, które zniszczyło dużą część miasta. To, co zobaczyliśmy, to w dużej mierze efekt odbudowy – bo w XXI wieku pojawił się projekt „Skopje 2014” – czyli plan, żeby nadać stolicy bardziej „historyczny” i monumentalny wygląd. Efekty? Widać na każdym kroku. Jedni powiedzą: kicz, a inni: rozmach. Prawda pewnie leży gdzieś pośrodku. I tak właśnie wygląda Skopje – miasto, które trochę się odbudowało, trochę wymyśliło na nowo i kompletnie nie przejmuje się tym, czy wszystko do siebie pasuje. Ale na pewno nudno tu nie jest... I na koniec – wisienka na torcie. Rano, po śniadaniu, ruszyliśmy na wzgórze nad miastem do Twierdzy Kale. To jedno z najstarszych miejsc w Skopje – początki twierdzy sięgają jeszcze czasów bizantyjskich, choć przez wieki była rozbudowywana i zmieniała właścicieli razem z historią całego regionu. Dziś zostały głównie mury i fragmenty wież, ale to w zupełności wystarczy - bo tak naprawdę chodzi o widok. Z góry miasto układa się w całość – widać i starą Čaršiję, i most, i ten cały monumentalny „świat pomników”. Bo Skopje jest posklejane z różnych epok, pomysłów i historii, trochę chaotyczne i pełne kontrastów – ale właśnie w tym tkwi jego urok👍







Na przygodę w Macedonii wybraliśmy się z High Away - Górskim Biurem Podróży, bo z nimi zawsze jest ciekawie :)
Polecamy trekking w Tybecie Europy!!!
Spodobał Ci się artykuł - nasza strona jest niekomercyjna i jak na razie jesteśmy jej jedynymi sponsorami ;) Ale możesz wesprzeć nas w prowadzeniu bloga stawiając symboliczną kawę i będzie miejsce na serwerze na kolejne fotki i teksty :) DZIĘKUJEMY!!!
















