
Pustynia Thar, rozciągająca się na pograniczu Indii i Pakistanu, to kraina złocistych piasków, surowego klimatu i niezwykłej historii. Na jej obrzeżach wyrastają miasta, które od wieków przyciągały kupców, władców i podróżników — Jaisalmer z monumentalnym fortem z piaskowca, Bikaner znany z imponującego fortu Junagarh, no i Mandawa, dziś nieco zapomniana, lecz skrywająca jedne z najbardziej niezwykłych haveli w Radżastanie — pałacowe domy kupieckie pokryte misternymi freskami, które do dziś opowiadają historię dawnego bogactwa pustynnych miast...
ZŁOTE MIASTO - JAISALMER

Jaisalmer zobaczyliśmy już z daleka — złotą plamę wyrastającą z pustyni, jakby ktoś postawił miasto w miejscu, w którym nie powinno go być. Im bliżej byliśmy, tym wyraźniej widać było, że to nie miraż… Miasto założył w XII wieku Rawal Jaisal i przez wieki Jaisalmer bogacił się na handlu karawanowym, ponieważ leżał na jednym z głównych szlaków handlowych między Indiami a Azją Środkową. Sonar Quila czyli Złoty Fort, który do dziś dominuje nad okolicą, był nie tylko twierdzą, ale też schronieniem dla kupców i mieszkańców. Dziś jest jednym z nielicznych wciąż zamieszkanych fortów na świecie i znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO — nie jako muzeum, lecz jako miejsce, w którym wciąż toczy się codzienne życie z domami, świątyniami, sklepikami i hotelami w środku murów. I rzeczywiście w słońcu naprawdę mieni się na złoto — zwłaszcza o wschodzie i zachodzie… Do miasta dojechaliśmy późnym popołudniem i zatrzymaliśmy się w butikowym hotelu Pleasant Haveli, położonym tuż obok murów starego miasta. Po podróży był to idealny azyl — cichy dziedziniec, chłodne wnętrza i taras na dachu, z którego wieczorem patrzyliśmy na podświetlony fort. Co ciekawe, sam hotel również mieści się w zabytkowym haveli, dzięki czemu granica między zwiedzaniem a noclegiem zupełnie się tu zaciera :) Na początek ruszyliśmy uliczkami Jaisalmer bez planu - wchodziliśmy w kolejne wąskie zaułki, skręcaliśmy za róg i niemal co chwilę trafialiśmy na dawne haveli — rezydencje bogatych kupców, które do dziś robią ogromne wrażenie. Wiele z nich można zwiedzać, zaglądając do chłodnych wnętrz, na wewnętrzne dziedzińce i misternie rzeźbione balkony. Detale z piaskowca są tak precyzyjne, że trudno uwierzyć, iż powstały setki lat temu — ale zwiedzanie pozostawiliśmy na jutro. Kolejnego dnia, wcześnie rano, zanim miasto na dobre się obudziło odwiedziliśmy Jezioro Gadisar. Powstało ono w XIV wieku z inicjatywy władcy Gadsi Singha jako główne źródło wody dla Jaisalmeru — w pustynnym klimacie było warunkiem przetrwania miasta. Trudno dziś wyobrazić sobie, jak bardzo poziom tej wody decydował o losie mieszkańców… O poranku Gadisar jest zupełnie inne niż w ciągu dnia. Tafla wody jest gładka jak lustro, a kamienne pawilony i świątynie odbijają się w niej podwójnie, jakby miasto miało swoją spokojniejszą wersję pod powierzchnią. Siedzieliśmy w łódce, którą można wypożyczyć na pobliskiej przystani obserwując ptaki i kontemplując widoki odbijających się w wodzie budowli – miasto w tym miejscu na chwile zwalnia… Ale trzeba było przyśpieszyć i przejść do zwiedzania Złotego Fortu. Po drodze nie sposób było nie zauważyć świętych krów, które swobodnie spacerują po ulicach, odpoczywają w cieniu murów fortu albo stoją pośrodku drogi, spokojnie się przechadzają kompletnie nie przejmując się ruchem. Czasem blokują przejście w wąskiej uliczce, czasem po prostu stoją na środku placu, ale nikt ich nie pogania - w Jaisalmerze szybko uczysz się cierpliwości ;) Wejście na górę prowadzi przez krętą drogę, która stopniowo odsłania coraz szersze widoki na miasto i pustynię. Z murów obronnych Jaisalmer wygląda jak piaskowe morze domów, w którym granica między miastem a pustynią niemal się zaciera. Sam Złoty Fort jest olbrzymi, więc otwierały się przed nami widoki na inne jego części. Wewnątrz murów życie toczy się normalnie — są domy, małe sklepiki, kawiarnie i hotele, a między nimi ukryte świątynie. Szczególne wrażenie zrobiły na nas dżinijskie świątynie z misternymi rzeźbieniami i spokojną atmosferą, zupełnie nas zaskoczyły skalą detalu i precyzją wykonania. Z zewnątrz dość niepozorne, w środku kryją prawdziwe kamienne koronki — kolumny, sufity i ściany pokryte misternymi rzeźbieniami, tak delikatnymi, jakby powstały z drewna, a nie z twardego piaskowca. Motywy roślinne, geometryczne wzory i postacie bóstw tworzą gęstą, niemal hipnotyzującą mozaikę! Po wyjściu z fortu znowu wtopiliśmy się w wąskie uliczki miasta tym razem kierując się w kierunku dawnych haveli - rezydencji bogatych kupców. Najbardziej zachwyciła nas Patwon Ki Haveli, największy i najbardziej okazały zespół haveli w mieście. To właściwie pięć połączonych rezydencji, pełnych misternych rzeźbień, balkonów i zdobień z żółtego piaskowca zachwycających detalami — kamienne balkony, ażurowe okna i ornamenty, które w słońcu przybierają niemal złoty kolor. Zwiedzanie jej wnętrz pozwala naprawdę poczuć skalę bogactwa i zrozumieć, jak ważnym miastem był kiedyś Jaisalmer. Na koniec dnia, już pod wieczór trafiliśmy na bazar - kolorowe tkaniny, biżuteria z metalu i kamieni, rękodzieło oraz zapach przypraw mieszają się w chaotycznej, ale fascynującej całości. Sprzedawcy nawołują, rikszarze przeciskają się między przechodniami – to prawdziwy puls miasta. Wracaliśmy już w ciemnościach zaciągnięci w zaułki miasta przez jakiegoś sprzedawcę biżuterii…
Podczas wieczoru w hotelu Pleasant Haveli spotkaliśmy innego podróżnika, który pokazał nam swoje zdjęcia sprzed około dwudziestu lat. Na fotografiach był właściwie tylko fort i kilka domów rozrzuconych u jego stóp — bez hoteli, bez gęstej zabudowy, bez turystycznego zgiełku. Patrząc na dzisiejszy Jaisalmer, trudno uwierzyć, jak bardzo to miejsce się zmieniło w tak krótkim czasie - a jednak fort wciąż dominuje nad miastem tak samo, jak dawniej, przypominając, że mimo wszystkich zmian najważniejsze są historia i cisza pustyni… Ruszamy na pustynię!





NA ERGACH PUSTYNI THAR
Pustynia Thar, zwana także Wielką Pustynią Indyjską, rozciąga się na pograniczu Indii i Pakistanu i jest jednym z najbardziej suchych, a jednocześnie najbardziej fascynujących regionów subkontynentu. To kraina złotych ergów, rzadkiej roślinności i niewielkich osad, w których życie od wieków toczy się w rytmie wyznaczanym przez klimat i piasek. Pustynia Thar potrafi oczarować od pierwszej chwili - my nocowaliśmy w Exotic Desert Adventure Camp, choć był to tylko jeden, krótki nocleg – zdecydowanie za mało, by w pełni nacieszyć się tym miejscem. Tradycyjne namioty stały pośród ciszy i bezkresnych piasków, a pustynia szybko pokazała swoje kontrasty - za dnia upał, nocą naprawdę zimno, do tego stopnia, że spaliśmy w czapkach... W ciągu dnia wybraliśmy się na spokojną jazdę na wielbłądach, idealną do podziwiania falujących ergów. Na wydmach czekaliśmy na prawdziwy spektakl zachodu słońca – gdy światło powoli gasło, a piasek mienił się odcieniami złota, pomarańczu i czerwieni. Oczywiście zrobiliśmy mnóstwo fotek, a do tego nasze wielbłądy chętnie nam pozowały :) Gdy zapadł zmierzch, pustynia na chwilę zupełnie ucichła, zostawiając tylko wrażenie, że uczestniczyliśmy w czymś wyjątkowym, choć tak krótkim. Wieczorem w campie przy ognisku odbył się pokaz tradycyjnej muzyki i tańca, a rankiem, jeszcze z pustynnym chłodem w powietrzu, ruszyliśmy dalej w drogę – tym razem w kierunku Bikaner, miasta, które dawniej było ważnym przystankiem na karawanowych szlakach.



BIKANER - KRAINA WIELBŁĄDÓW
Nasza podróż do Bikaneru zaczyna się od historii sięgającej ponad 500 lat wstecz. Miasto zostało założone w 1488 roku przez Rao Bikę, wojownika z dynastii Rathor, który postanowił stworzyć własne państwo na skraju pustyni Thar. Od początku Bikaner rozwijał się jako strategiczny punkt handlowy na trasie karawan, łączący Indie północne z zachodnimi terytoriami. Już wtedy zaczęła kształtować się wyjątkowa mieszanka surowości pustyni, królewskiego splendoru i handlowego ducha... Bikaner jako pustynne miasto słynie z hodowli wielbłądów, a co roku w styczniu odbywa się tam Camel Festival z wielką, uliczną paradą wielbłądów. Dla nas pierwszym punktem wyprawy był fort Junagarh, jeden z najlepiej zachowanych fortów Radżastanu. W przeciwieństwie do większości twierdz nie stoi na wzgórzu – wyrasta z płaskiej pustynnej równiny, jakby pewny swojej niezniszczalności. Już monumentalne bramy robią wrażenie, a po przekroczeniu progu wkraczamy w labirynt pałacowych dziedzińców i sal. Wewnątrz można się poczuć jakbyśmy cofali się w czasie - potęga, przepych i królewskie kaprysy. To sale audiencyjne pełne luster i złotych zdobień, misternie rzeźbione balkony jharokha i prywatne komnaty maharadżów pokazują, że fort nie był tylko fortyfikacją – to była pełnoprawna rezydencja królewska. Jedną z rzeczy, które nas najbardziej zaskoczyły, był samolot kupiony przez jednego z maharadżów. W czasach, gdy latanie było prawdziwą nowinką technologiczną, indyjski władca pozwolił sobie na ten luksus. Samolot dziś stoi w muzeum fortu i przypomina, że maharadżowie Bikaneru byli nie tylko strażnikami tradycji, ale też chętnie czerpali z europejskiej nowoczesności i mogli sobie pozwolić na takie fantazje. Nie zabrakło też innych ekstrawagancji - kolekcji europejskich mebli, porcelany, gramofonów, a nawet powozów — a wszystko zgromadzone z myślą o wrażeniu i komforcie. Szczególnie zainteresowały nas sale poświęcone polowaniom, z trofeami i fotografiami dokumentującymi życie dworu, które balansowało między ceremonialnym przepychem a codziennym luksusem. Pojechaliśmy jeszcze na wycieczkę tuk tukiem ulicami miasta żeby zobaczyć między innymi tutejsze haveli - najsłynniejsze z nich są Rampuria Havelis – duże, bogato rzeźbione rezydencje z czerwonego piaskowca, z charakterystycznymi balkonami i kamiennymi ażurowymi oknami, zaprojektowane tak, by chronić wnętrza przed pustynnym upałem. Dla nas sam przejazd przez miasto tez był przeżyciem... ;)
Po dniu pełnym wrażeń naszym kolejnym przystankiem był Narendra Bhawan, dawny pałac ostatniego maharadży Bikaneru, Narendry Singha, a dziś luksusowy hotel. Budynek powstał w 1969 roku jako prywatna rezydencja Maharadży, nowoczesna królewska przestrzeń, inspirowana jego osobistym stylem życia. Po śmierci Maharadży i kilku latach adaptacji, rezydencja została w 2016 roku przekształcona w hotel – zachowując styl dawnego właściciela i ukazując jego pasje i podróże. Już sam wjazd na dziedziniec zrobił na nas wrażenie, a w po hotelu, zauważyliśmy liczne pamiątki Maharadży - fotografie z podróży, starannie oprawione obrazy, drobne przedmioty codziennego użytku, meble z epoki, ręcznie wykonane rzeźby i ceramikę. We wnętrzu wkomponowane są też dekoracyjne trofea myśliwskie - przed naszym królewskim pokojem stały dwa wypchane gepardy... W tej królewskiej rezydencji naprawdę można poczuć bliskość historii i ducha dawnego pałacu...
Rankiem po nocy spędzonej w królewskim Narendra Bhawan wyruszyliśmy do Karni Mata Temple, znanej w Indiach jako Świątynia Szczurów. To jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, jakie odwiedziliśmy. Świątynia mieści się około 30 km od Bikaneru i jest poświęcona Karni Maty, mistycznej kobiecie uważanej za inkarnację bogini Durga. W tej świątyni żyje w niej tysiące szczurów, które mieszkańcy i pielgrzymi traktują jak święte. Zwierzęta biegają po dziedzińcu, wchodzą do świątyni i są karmione przez odwiedzających, a ich obecność uważa się za błogosławieństwo. Oczywiście przed świątynią odwiedzający mogą nabyć to co szczury lubią najbardziej :) My kupiliśmy dla szczurów garść ziaren i już po przekroczeniu progu uderzył nas charakterystyczny zapach mleka zmieszany z kadzidłami i ciepłym marmurem nagrzanym słońcem. Chodząc boso po posadzce, czuliśmy delikatne muśnięcia małych łapek przebiegających między stopami, a szczury bez cienia strachu podchodziły do miseczek, wspinały się na ich krawędzie i piły mleko. Podobno zjedzenie tego samego prasad (pokarm ofiarowany bóstwu), który jadły szczury, przynosi szczęście, ale nie spróbowaliśmy... Fonia i tak miała spore opory żeby tam wejść... ;) Jak powstała świątynie - otóż legenda mówi, że Karni Mata miała brata, którego syn zmarł w młodym wieku. Karni Mata poprosiła boga o przywrócenie życia chłopca i w tej sposób dusze zmarłych członków jej rodziny zaczęły wcielać się w szczury. Od tej pory szczury w świątyni są uważane za święte, a białe szczury za wyjątkowe – przynoszą szczęście tym, którzy je zobaczą. Niestety nam się to nie udało - białe się schowały. Ciekawostką jest też lokalna tradycja związana z szacunkiem do szczurów - jeśli ktoś niechcący zrobi krzywdę któremuś z nich, powinien ofiarować w świątyni szczura wykonanego ze srebra lub złota o tej samej wielkości i wadze, co skrzywdzone zwierzę. To forma zadośćuczynienia i wyraz głębokiego szacunku wobec świętych istot. Świątynia to także architektura pełna marmurowych posągów i bogatych ornamentów, które kontrastują z jej nietypowymi mieszkańcami... Teraz przed nami była dalsza droga przez Radżastan - do Mandawy słynącej z bogato zdobionych havelis i dawnych rezydencji kupieckich. Dla nas Bikaner stał się symbolem Indii pełnych opowieści, luksusu, mistycyzmu i zaskakujących przygód, które można przeżyć i poczuć w sercu pustyni.




MANDAWA - OTWARTA GALERIA FRESKÓW
Mandawa była ostatnim przystankiem naszej wyprawy przez pustynię Thar i lepszego finału nie mogliśmy sobie wymarzyć. Po dniach spędzonych wśród piasków, wielbłądów i pustynnych miast tętniących życiem Mandawa przywitała nas spokojem. Tutaj trzeba zwolnić krok, odłożyć aparat na chwilę i pozwolić, by samo opowiedziało swoją historię... A jest ona nierozerwalnie związana z handlem i pustynią. Miasto zostało założone w XVIII wieku przez Thakura Nawala Singha, władcę z klanu Rajputów, jako strategiczny punkt na szlaku handlowym łączącym Chiny, Bliski Wschód i porty Indii. To właśnie tędy przechodziły karawany wielbłądów niosące przyprawy, jedwabie, opium i kamienie szlachetne. Fort Mandawa nie był więc tylko rezydencją władców, ale przede wszystkim twierdzą chroniącą interesy kupców. Dzięki pobieranym opłatom i ochronie karawan miasto szybko się bogaciło, a zamożni handlarze inwestowali swoje fortuny w budowę okazałych haveli. To one do dziś są znakiem rozpoznawczym Mandawy i całego regionu Shekhawati. Złoty okres miasta przypadł na XVIII i XIX wiek. Jednak później gdy brytyjskie rządy przesunęły główne szlaki handlowe w inne rejony Indii, Mandawa – podobnie jak wiele miast pustynnych – zaczęła powoli tracić na znaczeniu. Kupcy wyjeżdżali do Bombaju czy Kalkuty, zostawiając po sobie puste domy, które z czasem zaczęły niszczeć... Ale dzięki temu miasto nie zostało pochłonięte przez nowoczesność i zachowało swój dawny rytm i architekturę - spacerując jego ulicami ma się wrażenie że czas się tu zatrzymał razem z ciszą pustyni...
Najbardziej charakterystycznym punktem Mandawy jest oczywiście Fort Mandawa i od niej zaczęliśmy swoje pierwsze kroki po mieści – to potężna i górująca nad miastem budowla. Dawniej strzegła karawan na Jedwabnym Szlaku, dziś jest niemym świadkiem czasów, gdy bogactwo regionu płynęło z handlu. Spacerując po jego dziedzińcach, łatwo wyobrazić sobie kupców, wojowników i podróżników, którzy zatrzymywali się tu na odpoczynek... Jednak prawdziwa magia Mandawy kryje się poza murami fortu. Haveli, czyli dawne rezydencje kupieckich rodów – rozsiane są po całym mieście. Ich fasady zdobią misterne freski - sceny mitologiczne, motywy roślinne, a czasem zupełnie zaskakujące obrazy z życia codziennego sprzed stu lat. Zwiedzanie miasta to jak spacer po galerii sztuki. Wiele z budynków nosi ślady czasu, ale właśnie to sprawia, że są autentyczne, a nie „wypolerowane pod turystów”. Nasz spokojny spacer po Mandawie zakończyliśmy późnym wieczorem, a naszym domem na tę ostatnią noc była Radhika Haveli – hotel w dawnej kupieckiej rezydencji, która idealnie wpisuje się w historię Mandawy. Nocleg w grubych, historycznych murach pamiętających czasy karawan pozwolił nam jeszcze mocniej poczuć dawną atmosferę miasta i jego handlowej przeszłości. To było idealne i spokojne pożegnanie z pustynią Thar.






Na naszą indyjską przygodę wyruszyliśmy z Driver India Private Tours!
Gorąco polecamy - nasza wyprawa została perfekcyjnie zaplanowana i przygotowana!!!
Spodobał Ci się artykuł - nasza strona jest niekomercyjna i jak na razie jesteśmy jej jedynymi sponsorami ;) Ale możesz wesprzeć nas w prowadzeniu bloga stawiając symboliczną kawę i będzie miejsce na serwerze na kolejne fotki i teksty :) DZIĘKUJEMY!!!
















