
🏔️ W cieniu potężnych sześciotysięczników, z dala od tłumów znanych himalajskich szlaków, leży jedna z najpiękniejszych dolin Nepalu. Po drodze czekały na nas górskie wsie, wiszące mosty, karawany mułów i jaków oraz coraz bliższe spotkania z himalajskimi gigantami. Przez kilka dni przemierzaliśmy Langtang, docierając do Kyanjin Gompy, skąd weszliśmy na szczyty Kyanjin Ri i Tserko Ri. Zapraszamy na trekking przez serce nepalskich Himalajów.

W GÓRĘ DOLINY LANGTANG
Przygoda z Langtangiem zaczęła się jeszcze w Kathmandu. Choć do Syabrubesi jest zaledwie około 120 kilometrów, przejazd zajął nam praktycznie cały dzień. Kręta droga wspinała się i opadała po zboczach gór, przecinając osuwiska, strumienie i odcinki, na których asfalt jest już tylko wspomnieniem. Trasa momentami bardziej przypominała plac budowy niż główną drogę komunikacyjną. To właśnie tam, gdzie kończy się asfalt, zaczyna się prawdziwy nepalski test zawieszenia i cierpliwości. Kilka godzin spędzonych w busie szybko uświadomiło nam, że w Himalajach nic nie przychodzi łatwo. Późnym popołudniem dotarliśmy do Syabrubesi, niewielkiej miejscowości położonej w dolinie rzeki Bhote Koshi. To tutaj dla większości trekkerów rozpoczyna się przygoda z Langtangiem. Kolacja, ostatnie przygotowania i wczesne pójście spać – następnego dnia czekał nas pierwszy etap wędrówki. Rankiem po śniadaniu żegnamy się z hotelem Garden Inn i ruszamy na szlak. Już na początku przekraczamy rzekę po charakterystycznym wiszącym moście. To ostatni moment, by spojrzeć w dół doliny. Za mostem ścieżka zaczyna piąć się ostro w górę i przez kolejne godziny nie daje chwili wytchnienia. Trasa przez Khangjim do Sherpagaon oznacza ponad 1100 metrów przewyższenia pierwszego dnia trekkingu – to niezły sposób na sprawdzenie kondycji i zawartości plecaka. Każdy niepotrzebny kilogram nagle stawał się bardzo cenną lekcją na przyszłość. Podejście było strome, kamieniste i momentami wyczerpujące, ale z każdym kolejnym zakrętem widoki stawały się coraz ciekawsze. Przez długi czas Himalaje pozostawały jednak ukryte za zalesionymi zboczami. W połowie drogi zatrzymaliśmy się w niewielkiej lodży Surya View Point, gdzie przy tradycyjnym nepalskim lunchu mogliśmy złapać oddech przed dalszym, wymagającym podejściem do Sherpagaon. Dopiero wysoko nad Syabrubesi zza drzew zaczęły wyłaniać się pierwsze ośnieżone szczyty. To był jeden z tych momentów, gdy zmęczenie schodzi na dalszy plan, a wzrok mimowolnie ucieka ku odległym himalajskim graniom. Po kilku godzinach marszu dotarliśmy do Sherpagaon, gdzie noc spędziliśmy w Namaste Guest House. To idealne miejsce na odpoczynek po wymagającym początku trekkingu i pierwszą noc z dala od zgiełku Kathmandu... 😊
Po wymagającym podejściu do Sherpagaon drugi dzień trekkingu miał zupełnie inny charakter. Szlak prowadził głównie przez lasy rododendronowe i sosnowe, a w dole nieustannie towarzyszył nam szum Langtang Khola. Nie było jeszcze spektakularnych panoram, ale właśnie tutaj można było poczuć prawdziwy rytm himalajskiej wędrówki. Co jakiś czas mijaliśmy niewielkie lodże rozsiane wzdłuż szlaku. Na drewnianych ławach odpoczywali trekkerzy z całego świata, uzupełniając zapasy energii przed kolejnymi kilometrami marszu. Dla wielu z nich Langtang był pierwszym spotkaniem z Himalajami, podobnie jak dla nas. My także zatrzymaliśmy się na szybki lunch - tego dnia na stole pojawiła się Sherpa Stew, czyli gęsta, sycąca zupa z warzywami, makaronem i ziemniakami, od lat będąca jednym z najpopularniejszych dań na himalajskich szlakach. Po kilku godzinach marszu smakowała wyśmienicie i pozwoliła nabrać sił przed dalszą drogą do Thangsyap Village. W regionie, do którego nie prowadzi żadna droga, większość zaopatrzenia nadal transportowana jest na grzbietach zwierząt. Regularnie spotykaliśmy karawany mułów niosących żywność, gaz, materiały budowlane i wszystko to, co potrzebne jest mieszkańcom oraz lodżom położonym wyżej w dolinie. Na wąskich ścieżkach to właśnie one miały pierwszeństwo, a mijanie się wymagało niekiedy odrobiny cierpliwości i ostrożności. Po drodze kilkukrotnie zatrzymywaliśmy się na odpoczynek w niewielkich osadach ukrytych pośród lasów i nad rzeką. Dopiero późnym popołudniem dotarliśmy do Thangsyap Village, niewielkiej osady położonej nieco powyżej Ghoda Tabela, a noc spędziliśmy w niewielkiej lodży Potala Guest House. Jednak prawdziwe życie zaczynało się wieczorem - wieczory w himalajskich lodżach mają swój niezmienny rytuał. Po całym dniu marszu życie przenosi się do jadalni, gdzie wokół niewielkiego piecyka gromadzą się trekkerzy, przewodnicy i porterzy. Nad rozgrzaną rurą suszą się skarpety, rękawiczki i kurtki, w kubkach paruje herbata, a rozmowy krążą wokół przebytych kilometrów, pogody i planów na kolejny dzień. Następnego dnia dolina miała zacząć odsłaniać przed nami swoje wysokogórskie oblicze...






SZLAKIEM ODBUDOWANEJ DOLINY
Poranek w Thangsyap Village był chłodny, ale bezchmurny. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej w górę doliny Langtang. Tego dnia szlak nie dawał już tak bardzo w kość jak podczas podejścia do Sherpagaon. Mogliśmy wreszcie zwolnić tempo i skupić się na otaczających nas krajobrazach. Z każdym kilometrem dolina zmieniała swoje oblicze. Lasy rododendronowe i sosnowe stopniowo zostawały za nami, a ich miejsce zajmowały coraz bardziej otwarte przestrzenie. W dole szumiała Langtang Khola, a nad nią pojawiały się pierwsze rozległe panoramy gór, których wcześniej nie dostrzegaliśmy zza drzew. Po drodze minęliśmy Ghoda Tabela, niewielką osadę i dawny posterunek wojskowy, który od lat stanowi jeden z charakterystycznych punktów na szlaku do Kyanjin Gompy. To właśnie tutaj dla wielu trekkersów kończy się leśna część wędrówki. Dalej krajobraz staje się coraz bardziej surowy, a góry zaczynają odgrywać główną rolę. Po dwóch dniach marszu wśród lasów po raz pierwszy mogliśmy naprawdę zobaczyć dolinę Langtang. Szlak prowadził coraz wyżej, a wraz z wysokością rosły również otaczające nas góry - rozległe zbocza, rwąca Langtang Khola i pojawiające się coraz częściej ośnieżone szczyty sprawiały, że trudno było oderwać wzrok od otaczającego nas krajobrazu.




Jednocześnie w dolinie coraz częściej pojawiały się rozległe pasy jasnych skał i rumowisk kontrastujące z zielenią wysokogórskich pastwisk. Początkowo nie zwracaliśmy na nie większej uwagi. W Himalajach osuwiska, lawiny i ślady działalności lodowców są przecież częścią naturalnego krajobrazu. Dopiero później mieliśmy zrozumieć, że niektóre z nich są pamiątką po wydarzeniach, które na zawsze zmieniły losy mieszkańców doliny. Trudno było wtedy przypuszczać, że spokojna i tętniąca życiem okolica jeszcze kilkanaście lat wcześniej stała się miejscem jednej z największych tragedii w historii nepalskich Himalajów.

25 kwietnia 2015 roku Nepal nawiedziło katastrofalne trzęsienie ziemi o magnitudzie 7,8. W wyniku potężnych wstrząsów ze zboczy Langtang Lirung oderwały się ogromne masy lodu, śniegu i skał. Powstała lawina, która w ciągu kilku chwil zmiotła z powierzchni ziemi dawną Langtang Village. Zginęło ponad trzysta osób – mieszkańców doliny, przewodników, porterów i trekkerów z całego świata. Była to jedna z największych tragedii w historii nepalskich Himalajów. Dziś trudno uwierzyć, że spokojna i tętniąca życiem dolina była miejscem tak ogromnej katastrofy. W pobliżu dawnej osady znajduje się pomnik poświęcony ofiarom tragedii. Do odciętej od świata doliny przez wiele dni docierali ratownicy i wojskowe śmigłowce. Niestety dla wielu osób pomoc nadeszła zbyt późno. Katastrofa nie tylko pochłonęła setki ofiar, ale również niemal całkowicie zniszczyła społeczność, która od pokoleń żyła u stóp Langtang Lirung. To miejsce skłania do refleksji i przypomina, że góry potrafią być piękne, ale też bezwzględne...

Skalę zniszczeń oraz przebieg akcji ratunkowej najlepiej oddają archiwalne materiały z 2015 roku. Krótki reportaż BBC pokazuje, jak wyglądała dolina Langtang bezpośrednio po katastrofie.
Mimo ogromnej tragedii mieszkańcy nie opuścili swojej doliny. W kolejnych latach Langtang Village została odbudowana w nowej lokalizacji, nieco wyżej i w bezpieczniejszym miejscu niż dawna osada. Życie stopniowo wróciło na trekkingowy szlak, a Langtang ponownie stał się jednym z najpiękniejszych trekkingów Nepalu. Kiedy dotarliśmy do wioski, trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka lat wcześniej miejsce to niemal zniknęło z mapy. Przy głównej ścieżce działały lodże, niewielkie sklepy i piekarnie obsługujące trekkerów zmierzających do Kyanjin Gompy. My również zatrzymaliśmy się na chwilę w Himalayan Bakery. Filiżanka kawy i kawałek ciasta smakowały wyjątkowo dobrze po kilku godzinach marszu, a krótki odpoczynek pozwolił nacieszyć się widokami doliny. Za Langtang Village szlak prowadził już przez otwartą, wysokogórską dolinę. Coraz częściej mijaliśmy długie kamienne mury modlitewne mani, na których wyryto buddyjskie mantry. Zgodnie z lokalną tradycją należy omijać je lewą stroną, pozostawiając mur po swojej prawej ręce. W krajobrazie pojawiało się coraz więcej elementów kultury tybetańskiej, a ośnieżone szczyty były już na wyciągnięcie ręki. Po przejściu przez Langtang Village nie zatrzymaliśmy się jednak na nocleg. Szlak prowadził dalej przez szeroką dolinę, a po niespełna godzinie marszu dotarliśmy do Mundu... Ale wieczorem góry przygotowały dla nas jeszcze jeden spektakl. Gdy słońce schowało się już za granią, najwyższe szczyty doliny na kilka minut rozbłysły złotym światłem. Po całym dniu marszu trudno było wymarzyć sobie lepsze zakończenie naszej wędrówki 🌄.






KYANJIN GOMPA - U STÓP LODOWCÓW
Po nocy spędzonej w Mundu do celu pozostało już zaledwie kilka kilometrów. Szlak prowadził szeroką doliną, a każdy kolejny zakręt odsłaniał coraz potężniejsze panoramy. Wysokogórski krajobraz całkowicie zdominował otoczenie – drzewa zniknęły, ustępując miejsca kamienistym zboczom, alpejskim łąkom i stadom pasących się jaków. Wędrując w stronę Kyanjin Gompy coraz częściej mijaliśmy kamienne murki mani i powiewające na wietrze kolorowe flagi modlitewne. W połączeniu z surowym górskim krajobrazem nadawały temu miejscu niepowtarzalny, himalajski klimat. Szeroka dolina otwierała się coraz bardziej, a otaczające ją szczyty wydawały się niemal na wyciągnięcie ręki. Tuż przed wejściem do osady mijamy charakterystyczną stupę, która stała się jednym z symboli Kyanjin Gompy i obowiązkowym punktem na zdjęciach większości trekkerów. Kilka minut później przekraczamy ostatni wiszący most nad Langtang Khola. Za nim czekają już pierwsze zabudowania Kyanjin Gompy – niewielkiej osady położonej na wysokości około 3870 m n.p.m., otoczonej przez jedne z najpiękniejszych górskich panoram w całym Nepalu. Nad wioską góruje Langtang Lirung 7227 m n.p.m. - najwyższy szczyt regionu. Jego potężna, ośnieżona sylwetka towarzyszy niemal na każdym kroku i skutecznie odciąga wzrok od wszystkich innych gór. Trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni wcześniej oglądaliśmy jedynie odległe zarysy himalajskich grani. Po dotarciu do Kyanjin Gompy zatrzymaliśmy się w Red Panda Hotel, który miał stać się naszą bazą na kolejne dwa dni. Już po wejściu na dach wiedzieliśmy, że trafiliśmy doskonale – panorama otaczających dolinę szczytów była wręcz obłędna, a Langtang Lirung zaglądał nam w okna. Wystarczyło kilka minut, by podjąć decyzję – szkoda byłoby zmarnować taką pogodę. Po krótkim odpoczynku zarzuciliśmy lekkie plecaki i ruszyliśmy zdobywać nasz pierwszy szczyt na tej wyprawie. Większość osób po dotarciu do Kyanjin Gompy wybiera odpoczynek, ale my postanowiliśmy jeszcze tego samego dnia wyjść wyżej. Naszym celem był niższy wierzchołek Kyanjin Ri, czyli Lower Kyanjin Ri 4400 m n.p.m. – popularny punkt widokowy górujący nad osadą i doskonałe miejsce na aklimatyzację. 😊 Podejście było strome, ale nagroda przychodziła bardzo szybko. Wystarczyło odwrócić się za siebie, by zobaczyć Kyanjin Gompę z zupełnie innej perspektywy. Każdy kolejny metr odsłaniał nowe fragmenty doliny i utwierdzał nas w przekonaniu, że decyzja o popołudniowym wyjściu była doskonałym pomysłem. Lower Kyanjin Ri 4400 m n.p.m. był dotychczas najwyższym punktem, jaki osiągnęliśmy podczas wyprawy - przekroczenie granicy 4400 metrów dało się już odczuć, ale trudno było narzekać, gdy wokół rozciągały się takie panoramy. To był jednak dopiero przedsmak tego co miało nadejść – następnego dnia o świcie planowaliśmy zmierzyć się z Tserko Ri – szczytem wznoszącym się na niemal 5000 m n.p.m. 🏔️






TSERKO RI - NA DACHU DOLINY LANGTANG
Wczesnym rankiem, tuż przed świtem, opuściliśmy Red Panda Hotel i ruszyliśmy przez pogrążoną we śnie Kyanjin Gompę. Poranek przywitał nas prawdziwie himalajskim chłodem. Niewielkie strumienie przecinające ścieżkę były skute lodem, a trawy pokrywała cienka warstwa szronu. Za ostatnimi zabudowaniami osady szlak przez pewien czas prowadził jeszcze łagodnie szerokim dnem doliny. Dopiero po przekroczeniu jednego z bocznych potoków zaczęło się właściwe podejście na Tserko Ri. W ciszy, przerywanej jedynie szumem wody i skrzypieniem zamarzniętej ziemi pod butami, ruszyliśmy coraz wyżej. Szlak od początku prowadził stromo pod górę i nie dawał wielu okazji do odpoczynku. Wysokość robiła swoje, dlatego od początku narzuciliśmy sobie spokojne, równe tempo. Każdy krok przybliżał nas do celu, a jednocześnie oddalał od Kyanjin Gompy, która najpierw zniknęła za pierwszą kulminacją, a potem stawała się coraz mniejszym punktem na dnie doliny. Na pierwszym wypłaszczeniu stały szałasy, a obok pasło się stado jaków. Zwierzęta spokojnie skubały trawę tuż przy szlaku i sprawiały wrażenie, jakby wysokość, mróz i surowe warunki były dla nich czymś zupełnie naturalnym. Patrząc na nie, trudno było nie odnieść wrażenia, że to właśnie one są prawdziwymi gospodarzami tych gór. Od tego miejsca szlak wyraźnie zmienił charakter. Łagodne podejście skończyło się, a przed nami pojawiła się seria stromych zakosów prowadzących coraz wyżej ponad dnem doliny do kolejnej kulminacji gdzie przywitały nas widoki - pojawiały się rozległe moreny lodowcowe i kolejne ośnieżone wierzchołki z olbrzymim Langtang Lirung. Kilkaset metrów dalej warunki zaczęły się jednak wyraźnie zmieniać. Szlak trawersował strome zbocze, a na jego zacienionych fragmentach pojawiły się pierwsze płaty śniegu i lodu. Początkowo nie wyglądało to groźnie, ale wraz z wysokością białego puchu przybywało coraz więcej. Było to dla nas spore zaskoczenie, ponieważ o tej porze roku takie warunki nie należą do typowych. Do samego końca zastanawialiśmy się, czy uda się bezpiecznie dotrzeć na szczyt bez raków, których – kierując się relacjami z poprzednich tygodni – nie zabraliśmy ze sobą. Na długim trawersie śniegu było coraz więcej. Początkowo pomagaliśmy sobie wydeptaną wcześniej ścieżką, jednak miejscami warstwa śniegu okazywała się znacznie głębsza, niż wyglądało to z daleka. Co jakiś czas zapadaliśmy się po kolana, a miejscami nawet do połowy uda. Każde wyciągnięcie nogi wymagało dodatkowego wysiłku, a na wysokości blisko 4800 metrów siły uciekały znacznie szybciej niż na niższych partiach szlaku. Po pokonaniu trawersu czekało nas jeszcze strome podejście do niewielkiego siodła pod Tserko Ri. Dopiero stamtąd po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć końcowy odcinek prowadzący na szczyt. Na tle błękitnego nieba wyraźnie rysował się kopiec Tserko Ri, a powiewające na nim kolorowe chorągiewki modlitewne nie pozostawiały wątpliwości, że cel jest już blisko. Szczyt wydawał się być na wyciągnięcie ręki, choć zmęczenie i wysokość skutecznie przypominały, że na wysokości blisko 5000 metrów nawet niewielkie odległości potrafią zamienić się w długi i wymagający marsz. Na końcowym podejściu szlak prowadził zakosami po twardej, zmrożonej czapie śnieżnej, a kolorowe chorągiewki modlitewne na szczycie były coraz bliżej. Mimo zmęczenia i wysokości wiedzieliśmy już, że tym razem góra nas 'puści'. Podejście na szczyt było jednak nie tylko ostatnią próbą naszych sił, ale również prawdziwą ucztą dla oczu. Z każdym kolejnym zakosem otwierały się coraz szersze panoramy doliny Langtang. W dole majaczyła już Kyanjin Gompa, która jeszcze kilka godzin wcześniej była początkiem naszej wędrówki. Nad nią dominowała potężna sylwetka Langtang Lirung, a wokół wyrastały kolejne ośnieżone szczyty. Co kilka minut zatrzymywaliśmy się, by zrobić kolejne zdjęcie – nie dało się inaczej... Kilkanaście minut później stanęliśmy na Tserko Ri 4985 m n.p.m. – najwyższym punkcie całego trekkingu🚩❄️💪 Z Tserko Ri roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków w całym regionie Langtang. Wokół nas rozciągało się prawdziwe morze śnieżnych szczytów, lodowców i głębokich himalajskich dolin. Trudno było zdecydować, w którą stronę spojrzeć najpierw. Każdy obrót odsłaniał kolejne góry - tuż przed nami dominowała potężna sylwetka Langtang Lirung 7227 m n.p.m., najwyższego szczytu regionu, a obok wznosiły się m.in. Langshisa Ri 6412 m n.p.m. i Yala Peak 5500 m n.p.m., a dalej na horyzoncie można było dostrzec pasmo Ganesh Himal z wyraźnie wyróżniającym się Ganesh I 7422 m n.p.m. Gdy sięgnąć wzrokiem jeszcze dalej na południowym zachodzie rysowała się potężna sylwetka Manaslu 8163 m n.p.m. – ósmej najwyższej góry świata. Trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni wcześniej maszerowaliśmy wśród lasów nad Langtang Khola, a teraz staliśmy niemal pięć kilometrów nad poziomem morza, otoczeni przez najwyższe góry Nepalu - to właśnie dla takich chwil chodzi się po górach. Zimno, zmęczenie, śnieg na podejściu i wszystkie trudniejsze momenty szlaku schodzą na dalszy plan, gdy stoisz w takim miejscu...






POWRÓT PRZEZ DOLINĘ
Po emocjach związanych ze zdobyciem Tserko Ri nadszedł czas na powrót. Kolejnego ranka pożegnaliśmy Kyanjin Gompę i po raz ostatni spojrzeliśmy na otaczające ją sześciotysięczniki. Jeszcze dzień wcześniej wydawały się być na wyciągnięcie ręki, teraz z każdym kilometrem pozostawały coraz dalej za nami. Powrót tą samą trasą pozwalał spojrzeć na dolinę z zupełnie innej perspektywy. Nie było już pośpiechu ani walki z wysokością. Mogliśmy spokojniej przyglądać się mijanym osadom, murkom mani i krajobrazom, które podczas podejścia często oglądaliśmy głównie przez pryzmat kolejnych metrów przewyższenia. Wieczorem dotarliśmy do Thangshap Village, gdzie zatrzymaliśmy się w Buddha Guest House. Po kilku dniach spędzonych na wysokości blisko 4000 metrów nocleg na 3200 m wydawał się wręcz komfortowy. Następnego dnia kontynuowaliśmy zejście w kierunku Bamboo i wraz z utratą wysokości wysokogórski krajobraz stopniowo ustępował miejsca coraz gęstszej roślinności. Powróciły krzewy, a później także lasy, których nie widzieliśmy od kilku dni. Po czasie spędzonym pośród skał, lodowców i alpejskich łąk widok zielonych zboczy wydawał się niemal egzotyczny. Jednym z charakterystycznych punktów tego etapu był długi wiszący most przerzucony nad Langtang Kholą. Rzeka, którą wysoko w dolinie obserwowaliśmy jako górski potok, tutaj zamieniła się w prawdziwą kipiel. Spieniona woda z ogromną siłą przeciskała się między głazami, a jej huk było słychać jeszcze długo po opuszczeniu mostu. Wraz z utratą wysokości przyroda zmieniała się niemal z godziny na godzinę. W okolicach Bamboo ponownie pojawiły się potężne bambusowe zagajniki. Nie były to jednak niewielkie kępy roślin, jakie znamy z parków czy ogrodów. Tutejsze bambusy osiągały wysokość drzew, tworząc gęsty zielony tunel nad szlakiem. W końcu nazwa tej niewielkiej osady nie wzięła się znikąd. Późnym popołudniem dotarliśmy do Bamboo. Po kilku dniach spędzonych w otoczeniu lodowców, moren i ośnieżonych szczytów trudno było uwierzyć, że jeszcze wczoraj staliśmy niemal 5000 metrów nad poziomem morza na Tserko Ri. Teraz wokół nas ponownie szumiały lasy, nad ścieżkami pochylały się wysokie bambusy, a gdzieś w dole nieustannie słychać było huk Langtang Kholi. Następnego dnia mieliśmy opuścić dolinę Langtang i ruszyć w stronę jezior Gosainkund, rozpoczynając kolejny etap naszej himalajskiej wędrówki. To jednak już zupełnie inna historia... 📷🏔️



Naszą wyprawę w Himalaje zaplanował, przygotował i poprowadził Krzysztof Lisowski z Opola :)
Spodobał Ci się artykuł - nasza strona jest niekomercyjna i jak na razie jesteśmy jej jedynymi sponsorami ;) Ale możesz wesprzeć nas w prowadzeniu bloga stawiając symboliczną kawę i będzie miejsce na serwerze na kolejne fotki i teksty :) DZIĘKUJEMY!!!
















