
🌴 Santo Domingo to nie tylko kolonialne uliczki, zabytkowe kościoły i historia sięgająca czasów Krzysztofa Kolumba. To także współczesna, pełna kolorów i kontrastów stolica Dominikany, w której wciąż można znaleźć ślady burzliwej historii XX wieku. Podczas naszej wizyty zobaczyliśmy miasto, zeszliśmy pod ziemię do niezwykłych jaskiń Los Tres Ojos, a na koniec przenieśliśmy się do zupełnie innego świata – tropikalnego ogrodu botanicznego. Trzy miejsca, trzy różne oblicza Santo Domingo.

SANTO DOMINGO - MIASTO HISTORII I KONTRASTÓW
Nasz apartament znajdował się po drugiej stronie rzeki Ozama, naprzeciwko niewielkiej przystani. Do historycznego centrum Santo Domingo mieliśmy więc całkiem blisko – wystarczyło przejść przez most i po kilku minutach byliśmy już w Zona Colonial. Po drodze mogliśmy przyjrzeć się rzece, portowi i tej mniej pocztówkowej stronie miasta. Było kolorowo, tropikalnie, ale też nie zawsze czysto – brzegi Ozamy miejscami były mocno zaśmiecone. To był jednak nasz pierwszy kontakt z prawdziwym, codziennym Santo Domingo. Na pierwszy spacer wybraliśmy właśnie najstarszą część miasta. Chcieliśmy rozpocząć od Alcázar de Colón, ale już na początku czekała nas niemiła niespodzianka – zabytkowy pałac był w remoncie i zamiast zwiedzania mogliśmy zobaczyć jedynie informację o prowadzonych pracach. Alcázar de Colón, czyli pałac Diego Colóna, syna Krzysztofa Kolumba, jest jednym z najważniejszych zabytków Ciudad Colonial. Zbudowany w latach 1511–1514 na brzegu rzeki Ozama, był rezydencją Diego Colóna i jego rodziny, a zarazem siedzibą hiszpańskiej władzy na Hispanioli. Diego przybył na wyspę w 1509 roku jako jej gubernator i dziedzic praw ojca do tytułu wicekróla tzw. Indii Zachodnich. Określenie „Indie” może dziś dziwić, ale w czasach Kolumba Europejczycy byli przekonani, że odkryte przez niego wyspy są częścią Azji. Kolumb szukał przecież zachodniej drogi do Indii, dlatego nowo odkryte ziemie zaczęto określać mianem Indii Zachodnich. Dopiero później stało się jasne, że pomiędzy Europą a Azją znajduje się nieznany wcześniej Europejczykom kontynent. Początkowo pałac miał 55 pomieszczeń, a jego mury zbudowano z miejscowej skały koralowej. Przez kolejne stulecia budowla popadła w ruinę, a w XX wieku została odrestaurowana i przekształcona w muzeum. Tym razem mogliśmy obejrzeć ją tylko z zewnątrz. Remont pokrzyżował nasze plany, więc nie pozostało nam nic innego, jak ruszyć dalej. Pierwszym miejscem, przy którym zatrzymaliśmy się na dłużej, był Parque Colón – jeden z najbardziej charakterystycznych placów Ciudad Colonial. W jego centrum stoi pomnik Krzysztofa Kolumba, a wokół placu skupiają się zabytkowe budynki, kawiarnie i restauracje. To właśnie tutaj rozpoczęliśmy nasz spacer po historycznym centrum Santo Domingo. Plac nosił dawniej nazwę Plaza Mayor i przez wieki był jednym z najważniejszych punktów miasta. Dziś jest miejscem, w którym historia spotyka się z codziennym życiem – turyści oglądają zabytki, mieszkańcy spotykają się w cieniu drzew, a wokół toczy się zwyczajne, karaibskie życie... W dzień Parque Colón jest pełen turystów, ale wieczorem zmienia swoje oblicze. Przy muzyce pojawiają się mieszkańcy, a plac zaczyna żyć własnym rytmem. Tańce, rozmowy i spotkania w cieniu drzew tworzą atmosferę, której nie da się zobaczyć na pocztówkowych zdjęciach z kolonialnych zabytków. To właśnie takie momenty najlepiej pokazują, że Ciudad Colonial nie jest jedynie skansenem z czasów hiszpańskiej kolonizacji, ale wciąż żywą częścią Santo Domingo. Trudno było się nie przyłączyć 😉
Tuż przy Parque Colón znajduje się najważniejszy zabytek sakralny Santo Domingo – Catedral Primada de América, czyli Katedra Najświętszej Marii Panny od Wcielenia, powszechnie nazywana po prostu pierwszą katedrą Ameryki. Jej budowę rozpoczęto w 1514 roku, a ukończono około 1540 roku. Świątynia łączy późnogotycką architekturę z elementami renesansowymi i do dziś pozostaje jednym z najważniejszych zabytków Ciudad Colonial. Trudno jednak patrzeć na tę katedrę wyłącznie jak na kolejny piękny, stary kościół. Stojąc przed jej wejściem, jesteśmy w miejscu, od którego zaczęła się europejska historia miejskiej Ameryki. Santo Domingo zostało założone w 1498 roku, zaledwie sześć lat po wyprawie Krzysztofa Kolumba. To właśnie tutaj powstały pierwsza katedra, pierwszy szpital, pierwsza komora celna i pierwszy uniwersytet w Amerykach (Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu, uznawany za najstarszy uniwersytet Nowego Świata). Układ ulic wytyczony na początku XVI wieku stał się później wzorem dla wielu kolejnych miast zakładanych przez Hiszpanów w Nowym Świecie. Dlatego spacerując po Ciudad Colonial, trudno oprzeć się wrażeniu, że chodzimy po miejscu, które było punktem wyjścia dla dalszej hiszpańskiej ekspansji w obu Amerykach. Z portu Santo Domingo wyruszali później kolejni konkwistadorzy w poszukiwaniu nowych ziem, a samo miasto stało się pierwszą siedzibą hiszpańskiej władzy w Nowym Świecie. Jednym z symboli tej epoki jest Fortaleza Ozama – potężna twierdza wzniesiona nad rzeką, której zadaniem była ochrona miasta i portu. Jej budowę rozpoczęto na początku XVI wieku, a charakterystyczna Torre del Homenaje, czyli Wieża Hołdu przez lata górowała nad Santo Domingo. Dziś twierdza jest jednym z najważniejszych zabytków Ciudad Colonial i przypomina o czasach, gdy miasto było centrum hiszpańskiej obecności w tej części świata. Po tej lekcji historii ruszyliśmy dalej ulicami Ciudad Colonial. Zabytkowe kamienice, stare kościoły i niewielkie place pojawiały się niemal na każdym kroku, ale Santo Domingo szybko pokazywało nam, że nie jest tylko muzeum pod gołym niebem. Kilka ulic dalej trafiliśmy do Parque Duarte. W cieniu wielkich drzew, w samym sercu Ciudad Colonial, stoi pomnik Juana Pabla Duarte – człowieka, którego Dominikanie nazywają jednym z ojców swojej niepodległości. To właśnie tutaj, w XIX wieku, spotykali się członkowie La Trinitaria – tajnego ruchu założonego przez Duarte w 1838 roku, którego celem było wyzwolenie wschodniej części Hispanioli spod panowania Haiti. Historia Duarte'a prowadzi nas kilka lat później, do 27 lutego 1844 roku, kiedy Dominikana ogłosiła niepodległość. Dziś pamięć o tamtych wydarzeniach skupia się w Parque Independencia, gdzie znajduje się Altar de la Patria – białe marmurowe mauzoleum kryjące szczątki trzech ojców republiki: Juana Pabla Duarte, Francisco del Rosario Sáncheza i Ramóna Matíasa Melli. Droga do niepodległości nie zakończyła jednak burzliwej historii Dominikany. Kolejne dziesięciolecia przyniosły polityczne konflikty, przewroty i zagraniczne ingerencje. W 1930 roku władzę przejął Rafael Leónidas Trujillo, rozpoczynając ponad trzydziestoletnią dyktaturę. Skala jego kultu była ogromna – w 1936 roku Santo Domingo przemianowano na Ciudad Trujillo, a imię dyktatora pojawiało się w nazwach ulic, budynków i instytucji. Historyczną nazwę miasto odzyskało dopiero po jego śmierci, w 1961 roku. Ślady epoki Trujillo można znaleźć w Santo Domingo niemal na każdym kroku. Jednym z najbardziej okazałych jest Palacio Nacional – monumentalna siedziba dominikańskiego rządu. Pałac zaprojektował włoski architekt Guido D’Alessandro na zamówienie Rafaela Trujillo, a jego budowę rozpoczęto w 1944 roku, w setną rocznicę ogłoszenia niepodległości Dominikany. Ukończony w 1947 roku budynek miał być symbolem siły i nowoczesności państwa – i trudno nie odnieść wrażenia, że również siły człowieka, który wówczas rządził krajem. Dziś Palacio Nacional jest siedzibą rządu Republiki Dominikańskiej. Z zewnątrz robi ogromne wrażenie – klasycystyczna bryła, kolumny, rozległe ogrody i przede wszystkim charakterystyczna kopuła, mająca 18 metrów średnicy i 34 metry wysokości. Historia Trujillo to jednak tylko jeden z rozdziałów Santo Domingo. Po tej bardziej ponurej części dziejów wróciliśmy do współczesnego miasta i jego codziennego życia. Po drodze trafiliśmy na miejsce związane z jednym z najbardziej charakterystycznych skarbów Dominikany – larimarem. Ten niezwykły, niebieski kamień występuje tylko tutaj, w górach prowincji Barahona, i właśnie jego charakterystyczna barwa sprawiła, że stał się jednym z symboli kraju. Idąc dalej w kierunku Los Tres Ojos, dotarliśmy do miejsca, które trudno przeoczyć. Ogromna bryła Faro a Colón góruje nad okolicą i już z daleka przyciąga wzrok. Monument w kształcie gigantycznego krzyża został poświęcony Krzysztofowi Kolumbowi, a jego budowę zakończono w 1992 roku – w pięćsetną rocznicę pierwszej wyprawy Kolumba do Ameryki. Nazwa może być trochę myląca, bo nie jest to latarnia morska w tradycyjnym znaczeniu. W monumentalnej budowli znajduje się muzeum, mauzoleum oraz przestrzeń poświęcona historii i kulturze krajów obu Ameryk. W zamyśle twórców światło emitowane przez reflektory miało tworzyć na nocnym niebie ogromny świetlny krzyż widoczny z dużej odległości. Wewnątrz znajduje się również mauzoleum, w którym według władz Dominikany spoczywają szczątki Krzysztofa Kolumba. Nie jest to jednak sprawa rozstrzygnięta. Hiszpania uważa, że szczątki odkrywcy znajdują się w katedrze w Sewilli, a badania DNA potwierdziły, że pochowane tam szczątki rzeczywiście należą do Kolumba. Dominikana pozostaje jednak przy swoim stanowisku, że prawdziwe szczątki Wielkiego Admirała spoczywają właśnie w Santo Domingo. Spór o miejsce jego pochówku trwa więc do dziś. Faro a Colón jest także miejscem budzącym emocje. Dla jednych to symbol początku europejskiej historii obu Ameryk i hołd dla Kolumba, dla innych – przypomnienie kolonizacji, która oznaczała dla rdzennych mieszkańców Hispanioli początek dramatycznych zmian. Dla nas był przede wszystkim monumentalnym zakończeniem spaceru po Santo Domingo, w którym przez cały czas historia przeplatała się ze współczesnością. A przed nami było już coś zupełnie innego – Los Tres Ojos i podziemny świat jaskiń.





LOS TRES OJOS - NIEZWYKŁY ŚWIAT POD ZIEMIĄ
Santo Domingo kojarzy się przede wszystkim z kolonialną starówką, kolorowymi uliczkami, zabytkowymi kościołami i historią pierwszego europejskiego miasta założonego w Nowym Świecie. Tym razem jednak postanowiliśmy zejść nieco niżej… pod ziemię. Zaledwie kilka kilometrów od historycznego centrum znajduje się miejsce, które wygląda tak, jakby zostało przeniesione prosto z tropikalnej baśni – Los Tres Ojos, czyli 'Trzy Oczy'. Już pierwsze zejście po schodach zapowiada, że będzie to zupełnie inna część naszej dominikańskiej przygody. Zamiast rozgrzanych słońcem ulic pojawiają się chłodne, wapienne skały, wilgoć, półmrok i coraz bardziej niezwykłe kształty nacieków. A na dole czekają podziemne jeziora o niesamowicie intensywnym, turkusowym kolorze. Nazwa Los Tres Ojos pochodzi od trzech naturalnych jezior znajdujących się w systemie jaskiń. Jest w tym jednak mały haczyk – jeziora są w rzeczywistości cztery. Trzy znajdują się w podziemnych komorach, natomiast czwarte otwiera się ku niebu i otoczone jest tropikalną roślinnością.
Jak powstał ten niezwykły świat? Los Tres Ojos to system wapiennych jaskiń krasowych. Przez tysiące, a właściwie miliony lat woda przenikająca przez skały rozpuszczała wapienne podłoże, tworząc podziemne korytarze, komory i zagłębienia. Z czasem część stropów zapadła się, odsłaniając naturalne studnie, przez które do podziemnego świata zaczęło wpadać światło. Zanim jednak zejdziemy jeszcze głębiej, warto cofnąć się o kilka stuleci. Z jaskiniami związane są opowieści o Taínach – rdzennych mieszkańcach Hispanioli, którzy znali to miejsce na długo przed przybyciem Europejczyków. Podziemne jeziora były dla nich nie tylko źródłem wody. Jaskinie miały również znaczenie obrzędowe, a ich mroczne wnętrza wiązano ze światem duchów i przodków. Według jednej z miejscowych opowieści podziemne wody miały prowadzić do świata zmarłych, zwanego przez Taínów Coaybay. Trudno dziś oddzielić w tej historii rzeczywiste wierzenia od późniejszych legend, ale samo wyobrażenie jest niezwykłe – miejsce, do którego właśnie schodzimy, mogło być dla dawnych mieszkańców wyspy czymś znacznie więcej niż tylko jaskinią z wodą.
Przez kolejne stulecia Los Tres Ojos pozostawało poza zainteresowaniem Europejczyków. Dopiero w 1916 roku jaskinie zostały odkryte na nowo – przez dominikańskie wojsko przemieszczające się po okolicy podczas pierwszej amerykańskiej interwencji w kraju. Trudno chyba o bardziej przypadkowy sposób odkrycia miejsca, które dziś jest jedną z największych atrakcji Santo Domingo. Żołnierze trafili na wejście do podziemnego świata, którego istnienia najwyraźniej nie podejrzewali. Za skalnym zejściem czekały wapienne komory i krystalicznie czyste jeziora – trzy „oczy”, od których miejsce otrzymało swoją nazwę. Dziś wiemy, że jaskinie były znane Taínom na długo przed przybyciem Europejczyków, ale dla mieszkańców Santo Domingo początku XX wieku było to odkrycie niezwykłe... Na udostępnienie tego miejsca zwiedzającym trzeba było jednak poczekać jeszcze ponad pół wieku. Dopiero w 1968 roku, za rządów Joaquína Balaguera, wykonano schody prowadzące w głąb jaskiń. W 1972 roku Los Tres Ojos zostało oficjalnie otwarte dla turystów i mieszkańców.
My trafiliśmy tutaj wiele lat później i zeszliśmy po tych samych schodach, które od ponad pół wieku prowadzą zwiedzających do podziemnych jezior. Pierwsze 59 stopni doprowadziło nas do Lago Azufre – Jeziora Siarkowego, od którego zaczyna się zwiedzanie Los Tres Ojos. Już z góry zobaczyliśmy intensywnie turkusową wodę otoczoną wapiennymi ścianami i poczuliśmy, że rzeczywiście znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Nazwa Lago Azufre pochodzi od osadu, który dawniej kojarzono właśnie z siarką. Dziś wiadomo, że charakterystyczne osady to przede wszystkim wapń, ale nazwa pozostała. Nad jeziorem prowadzi pierwsza część trasy, a kolejne schody pozwalają zajrzeć do jaskini z różnych perspektyw. Kolejnym jeziorem na naszej trasie jest Lago de las Damas – Jezioro Dam. Jest mniejsze i płytsze od pozostałych, a jego nazwa ma całkiem prozaiczne pochodzenie. Dawniej to właśnie tutaj znajdowało się naturalne kąpielisko przeznaczone dla kobiet i dzieci. Dyskretne położenie i niewielka głębokość sprawiały, że było do tego celu idealne. Dziś oczywiście kąpiel w podziemnych jeziorach Los Tres Ojos jest zabroniona... Za Lago de las Damas czekało nas jeszcze jedno jezioro ukryte głęboko w jaskini. Jego nazwa mówi właściwie wszystko – La Nevera, czyli Lodówka. I rzeczywiście, w tej części jaskini było wyraźnie chłodniej, a do środka docierało znacznie mniej światła. Ale żeby zobaczyć kolejną część jaskini, trzeba było przeprawić się na drugi brzeg jeziora. Czekała na nas niewielka drewniana platforma, pełniąca tutaj rolę podziemnego promu. Nie ma silnika ani wioseł – obsługa przeciąga ją po wodzie za pomocą liny rozpiętej między brzegami. Przeprawa trwała chwilę, ale sama jazda po podziemnym jeziorze była jedną z ciekawszych atrakcji całej trasy. Po drugiej stronie czekała na nas kolejna część podziemnego świata Los Tres Ojos. Po przeprawie podziemnym promem dotarliśmy do czwartego jeziora – Los Zaramagullones. W przeciwieństwie do poprzednich nie jest ono ukryte całkowicie pod ziemią. Znajduje się w naturalnym zagłębieniu otwartym ku niebu, dzięki czemu wpadające z góry światło zupełnie zmienia charakter tego miejsca. Z ciemnej, chłodnej jaskini nagle znaleźliśmy się w otoczeniu tropikalnej zieleni, a turkusowa tafla wody odbijała skały, drzewa i niebo. Nazwa jeziora pochodzi od zaramagullones – ptaków wodnych, które można spotkać w jego okolicy. Woda, bujna roślinność i jasne światło sprawiają, że trudno uwierzyć, że jeszcze przed chwilą byliśmy głęboko pod ziemią. Tutaj jednak nasza podziemna przygoda się nie kończyła. Do wyjścia musieliśmy wrócić tą samą trasą. Podziemny prom kursuje w obie strony, więc po chwili ponownie znaleźliśmy się na drewnianej platformie i ruszyliśmy z powrotem przez jezioro. Potem pozostało nam już tylko pokonać schody i wydostać się na powierzchnię. Po ciemnych jaskiniach i podziemnych jeziorach powrót do słonecznego Santo Domingo był niemal jak wyjście z innego świata. 🛸






OGRÓD BOTANICZNY - TROPIKALNA OAZA
W samym środku Santo Domingo, wśród gwaru i zabudowy wielkiego miasta, znajduje się miejsce, które trudno kojarzyć z karaibską metropolią. To Jardín Botánico Nacional Dr. Rafael Moscoso – ogromny ogród botaniczny, utworzony w latach 70. XX wieku z myślą o ochronie i prezentowaniu bogactwa dominikańskiej przyrody. Ogród otwarto w 1976 roku, a jego patronem został Rafael Moscoso, jeden z najważniejszych dominikańskich botaników. Na ogromnym obszarze znalazły się kolekcje rodzimej i tropikalnej roślinności, palmiarnia, ogród japoński, rozległe tereny zielone, a także naturalne zakątki z wapiennymi skałami, jaskiniami i jeziorami. Co ciekawe, teren, na którym dziś rośnie bujna tropikalna roślinność, miał wcześniej zupełnie inne przeznaczenie. Znajdował się tutaj wojskowy poligon i obszar związany z magazynowaniem oraz szkoleniem z użyciem sprzętu artyleryjskiego. Trudno dziś uwierzyć, że miejsce, w którym spacerujemy wśród palm, paproci, wapiennych skał i turkusowych jezior, było kiedyś terenem wojskowym. W 1972 roku rozpoczęto przekształcanie tego obszaru w ogród botaniczny, który po kilku latach został otwarty dla zwiedzających.
Do tej niezwykłej oazy wybraliśmy się z Ciudad Colonial, gdzie zatrzymaliśmy się na zakończenie naszego pobytu w Dominikanie... oczywiście Uberem 😉 Po przejechaniu przez miasto wysiedliśmy przy wejściu do ogrodu i szybko okazało się, że przed nami całkiem spora przygoda. Na początek postanowiliśmy zobaczyć ogród z perspektywy kolorowej kolejki Tren Cachimbe. To dobry sposób, żeby zorientować się w ogromnym terenie i zobaczyć, jak wiele zieleni kryje się za niepozornym wejściem.
W czasie zwiedzania trafiliśmy na grupę młodych Dominikańczyków ubranych niemal całkowicie na biało. Wyglądało na to, że była to jakaś grupa studencka odbywająca wspólną wycieczkę. Bardzo szybko okazało się, że nie jesteśmy dla nich tylko przypadkowymi turystami – zaczęły się uśmiechy, rozmowy i wspólne zdjęcia. Chwilę później jechaliśmy już kolejką razem z nimi, a na koniec zrobiliśmy sobie pamiątkową fotografię. Takie zupełnie przypadkowe spotkania często zostają w pamięci znacznie dłużej niż miejsca dokładnie zaplanowane...
Po przejażdżce kolejką ruszyliśmy już pieszo. I tutaj ogród zaczął pokazywać swoje zupełnie inne oblicze. Z szerokich, zadbanych alejek weszliśmy w coraz bardziej zielone zakamarki. Pojawiły się ogromne palmy, paprocie, zwisające korzenie i wapienne skały porośnięte roślinnością. I od tego momentu zaczęła się ta ciekawsza część spaceru – długa wędrówka po zakamarkach ogrodu, gdzie natura coraz wyraźniej brała górę nad tym, co stworzył człowiek... Im dalej od głównych alejek i bardziej uporządkowanych części, tym mniej było widać rękę ogrodników, a coraz więcej prawdziwie tropikalnego lasu. Wokół rosły potężne drzewa, których pnie i konary oplatały pnącza, a z koron zwisały długie korzenie powietrzne. Niektóre wyglądały tak, jakby przez lata prowadziły własną walkę o miejsce i światło, rozrastając się we wszystkich możliwych kierunkach. Wśród nich wyrastały wielkie filodendrony i inne rośliny o ogromnych, fantazyjnie powcinanych liściach. Co chwilę pojawiały się też kolorowe akcenty – czerwone i różowe kwiaty, które na tle wszechobecnej zieleni przyciągały wzrok jak małe lampki. Były palmy, drzewa obrośnięte epifitami, gęste zarośla i całe ściany roślin, przez które trudno było dostrzec, co znajduje się kilka metrów dalej. Najbardziej dziko zrobiło się w pobliżu Gran Cañada, w części Reserva Natural, która zajmuje około 40% powierzchni ogrodu. Wśród bujnej roślinności płynęła woda, a ogród niemal całkowicie tracił charakter starannie zaprojektowanego parku. Zamiast równych trawników i wytyczonych rabat mieliśmy przed sobą wilgotny, cienisty las, wielkie drzewa, zwisające korzenie i plątaninę pnączy. Momentami można było naprawdę zapomnieć, że jesteśmy w środku ogromnego ogrodu botanicznego, a nie gdzieś w naturalnym tropikalnym lesie. 🌿






Podczas tej wyprawy dotarliśmy późnej na najwyższy na karaibski szczyt Pico Duarte o wysokości 3087m n.p.m., a naszą wyprawę na Karaibach zaplanował, przygotował i poprowadził Krzysztof Lisowski z Opola :)
Spodobał Ci się artykuł - nasza strona jest niekomercyjna i jak na razie jesteśmy jej jedynymi sponsorami ;) Ale możesz wesprzeć nas w prowadzeniu bloga stawiając symboliczną kawę i będzie miejsce na serwerze na kolejne fotki i teksty :) DZIĘKUJEMY!!!
















