Bandżul - zachód słońca nad atlantykiem

🌍 Jeszcze kilka godzin wcześniej byliśmy w zimowej Polsce. Wieczorem staliśmy już boso nad Atlantykiem, obserwując jeden z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie przyszło nam oglądać. Tak rozpoczęła się nasza podróż przez Gambię, Senegal i Gwineę Bissau – trzy kraje, które już od pierwszego dnia udowodniły, że Afryka Zachodnia potrafi zaskoczyć. Zapraszamy do pierwszej części naszej zachodnioafrykańskiej wyprawy. 🌅

 

Bandżul - zachód słońca nad atlantykiem

🌅 PIERWSZY WIECZÓR NAD ATLANTYKIEM

Po zameldowaniu w pierwszym afrykańskim hotelu naszej wyprawy zostawiliśmy bagaże i niemal od razu ruszyliśmy nad ocean. Drewniane meble, moskitiery nad łóżkami, wszechobecna zieleń i odgłosy tropikalnej przyrody za oknem sprawiły, że już od progu wiedzieliśmy – Europa została daleko za nami. Nie po to jednak przylecieliśmy, żeby zamykać się w pokoju. Chcieliśmy jak najszybciej nacieszyć się pierwszym wieczorem nad Atlantykiem. Kilka minut później staliśmy już na szerokiej, piaszczystej plaży. Złote promienie słońca odbijały się od mokrego piasku, dzieci beztrosko bawiły się przy brzegu, a mieszkańcy spacerowali w rytmie kończącego się dnia. Słońce powoli chowało się za horyzontem, ale plaża wcale nie pustoszała. Trudno było o piękniejsze powitanie z Afryką. Siedzieliśmy w milczeniu, chłonąc pierwsze chwile na tym niezwykłym kontynencie i próbując uwierzyć, że jeszcze tego samego ranka byliśmy kilka tysięcy kilometrów stąd. Patrząc na zachodzące słońce, nawet przez myśl nam nie przeszło, jak wiele niezwykłych miejsc, ludzi i historii przyniosą kolejne dni.

Bandżul - dzieci na plaży :)

Bandżul - knajpka na plaży

Bandżul - zachód słońca nad atlantykiem

🐊 KATCHIKALLY – ŚWIĘTE STAWY KROKODYLI

Następnego ranka opuściliśmy Bandżul i ruszyliśmy do pobliskiego Bakau. Już przed wejściem do świętych stawów Katchikally otoczyła nas grupka uśmiechniętych dzieci, zaciekawionych nowymi gośćmi. Chwilę później pojawili się również lokalni sprzedawcy oferujący pamiątki i rękodzieło, wszyscy chcieli zamienić choć kilka słów z przybyszami z Europy. Było to nasze pierwsze spotkanie z afrykańską codziennością poza hotelem – pełną uśmiechów, życzliwości i naturalnej ciekawości. Zanim dotarliśmy do słynnego stawu z krokodylami, przeszliśmy przez niewielkie muzeum oraz park otaczający Katchikally. W cieniu potężnego kapokowca ścieżka prowadzi wśród egzotycznej roślinności, a zgromadzone eksponaty pozwalają lepiej poznać historię i kulturę Gambii. Naszą uwagę przyciągnęły zwłaszcza tradycyjne stroje wykorzystywane podczas lokalnych ceremonii, archiwalne fotografie oraz przedmioty codziennego użytku, które pokazują życie mieszkańców sprzed wielu lat. Dopiero po chwili dotarliśmy do świętego stawu. W cieniu drzew, zaledwie kilka metrów od ścieżki, niemal nieruchomo wygrzewały się krokodyle. Według miejscowych wierzeń miejsce to przynosi szczęście i od wieków odwiedzane jest przez osoby modlące się o zdrowie, pomyślność czy potomstwo. Największym zaskoczeniem okazało się jednak to, że nie ogląda się ich zza wysokiego ogrodzenia. Pod czujnym okiem opiekunów można  podejść naprawdę blisko, a nawet... pogłaskać jednego z nich. Tak bliskiego spotkania z jednym z najbardziej niezwykłych mieszkańców Afryki z pewnością długo nie zapomnimy ;)

Bakau - przed wejściem do świętych stawów Katchikally

Bakau - krokodyl przy świętych stawów Katchikally

Bakau - uliczki miasteczka

🛍️ OSTATNI PRZYSTANEK PRZED GRANICĄ

Zanim opuściliśmy Gambię, zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę w przydrożnym craft markecie. Ostatnie rozmówy, zapach świeżo rzeźbionego drewna i uśmiechy ludzi sprawiły, że było to idealne miejsce, by na chwilę pożegnać się z Gambią, zostawiając w pamięci kolejne dobre wspomnienie. Jak to na afrykańskim targu bywa, cena wyjściowa była jedynie początkiem rozmowy. Po kilku minutach lekkiego targowania obie strony były zadowolone, a ręcznie rzeźbiona maska znalazła swoje miejsce w naszym bagażu. Na pamiątkę zrobiliśmy jeszcze wspólne zdjęcie z jej twórcą. Dziś maska przypomina nam nie tylko o Gambii, ale także o spotkaniu z człowiekiem, który ją stworzył. Kilka kilometrów dalej dotarliśmy do przejścia granicznego z Senegalem. Atmosfera szybko się zmieniła – zamiast targowych rozmów czekały nas formalności. Już na początku usłyszeliśmy wyraźne ostrzeżenie, że fotografowanie na terenie przejścia granicznego jest surowo zabronione i zakaz ten jest konsekwentnie egzekwowany. Aparaty i telefony trafiły więc do plecaków, a my oddaliśmy paszporty naszemu pilotowi, który przejął wszystkie sprawy związane z przekroczeniem granicy. Pozostało nam jedynie przejść przez kolejne punkty kontroli i cierpliwie czekać, aż po drugiej stronie granicy wszystkie pieczątki znajdą się we właściwych miejscach.

Przekraczamy granicę Senegalu

Po kilkunastu minutach paszporty wróciły do naszych rąk, a przed nami pojawiła się tablica z napisem 'SENEGAL' - rozpoczęliśmy kolejny etap naszej zachodnioafrykańskiej podróży. Za plecami została najmniejsza kontynentalna część Afryki, a przed nami czekał kraj niemal czterdziestokrotnie większy od Gambii, pełen nowych krajobrazów, kultur i historii.

Na lokalnym Craft Market

Na lokalnym Craft Market

Na lokalnym Craft Market

🚤 REJS PO RZECE CASAMANCE

Po przekroczeniu granicy z Senegalem ruszyliśmy w kierunku Ziguinchor – największego miasta Casamance i bramy do jednego z najciekawszych regionów Afryki Zachodniej. Szybko przekonaliśmy się jednak, że podróżowanie po senegalskich drogach rządzi się własnymi prawami. Asfalt rzadko przypominał ten, do którego przywykliśmy w Europie. Slalom między głębokimi dziurami, omijanie zniszczonych fragmentów jezdni poboczem i nagłe hamowania były tutaj codziennością. Co kilka lub kilkanaście kilometrów mijaliśmy kolejne posterunki policji, żandarmerii lub wojska. Nasz kierowca zwalniał, zamieniał kilka słów z mundurowymi, a po chwili ruszaliśmy dalej. To właśnie podczas takich przejazdów po raz pierwszy naprawdę doceniliśmy rolę lokalnego przewodnika. Znał obowiązujące zasady, rozmawiał z funkcjonariuszami i czuwał nad sprawnym przebiegiem całej podróży. Dzięki temu mogliśmy spokojnie obserwować afrykańskie krajobrazy za oknem, zamiast zastanawiać się, co czeka nas na kolejnym posterunku. Doskonale znał miejscowe zwyczaje i wiedział, kiedy wystarczy uśmiech, krótka rozmowa czy wymiana kilku uprzejmości. Dzięki jego doświadczeniu kolejne kontrole przebiegały sprawnie i bez zbędnego stresu. W porze obiadowej dotarliśmy do Ziguinchor. Zanim wsiedliśmy do łodzi, zatrzymaliśmy się na lunch w Hôtel Le Perroquet, położonym tuż nad brzegiem rzeki Casamance. Z hotelowego tarasu mogliśmy obserwować kolorowe pirogi rybaków oraz łodzie przygotowujące się do kolejnych rejsów. Tuż obok przystani uwagę przyciągał charakterystyczny budynek w kształcie statku. To Musée Mémorial Le Joola – miejsce pamięci poświęcone ofiarom katastrofy promu Le Joola, który zatonął w 2002 roku podczas rejsu z Ziguinchor do Dakaru. Zginęły wówczas 1863 osoby, co czyni tę tragedię jedną z największych katastrof morskich czasu pokoju w historii i największą katastrofą morską XXI wieku. Dziś muzeum przypomina o wydarzeniu, które na zawsze zapisało się w historii Casamance. Po krótkim odpoczynku założyliśmy kamizelki ratunkowe i wsiedliśmy do jednej z charakterystycznych, kolorowo malowanych piróg. Silnik cicho zawarczał, a chwilę później płynęliśmy już po spokojnych wodach rzeki Casamance. Z każdym kilometrem coraz głębiej wpływaliśmy w labirynt lasów namorzynowych. Charakterystyczne korzenie mangrowców wyrastały ponad powierzchnię błotnistego dna, umożliwiając drzewom oddychanie podczas przypływów. Wiele z nich pokrywały całe kolonie ostryg, które miejscowi od pokoleń zbierają podczas odpływu. Im dalej odpływaliśmy od przystani, tym bardziej cywilizacja zostawała za naszymi plecami. Coraz gęstsze namorzyny, ptaki przelatujące nad wodą i niewielkie rybackie łodzie przypominały, że Casamance od wieków żyje w rytmie rzeki. Nad wodą co chwilę pojawiały się czaple, kormorany i inne ptaki wodne cierpliwie wypatrujące ryb. To była zupełnie inna Afryka niż ta, którą poznaliśmy w Gambii. Zamiast gwaru ulic i zatłoczonych targów towarzyszyły nam cisza, rozległe rozlewiska i zieleń mangrowców odbijająca się w spokojnej tafli wody. Casamance od zawsze była regionem pogranicza, którego historia i kultura splatają się z dziejami Gambii oraz Gwinei Bissau. O tym, jak bardzo, mieliśmy przekonać się już następnego dnia...

Senegal - pirogi na rzece Casamance

Rejs na rzece Casamance - nasz skipper

Lasy namorzynowe na rzece Casamanca

🌴 VARELA – TAM, GDZIE KOŃCZY SIĘ ASFALT

Po rejsie po Casamance ruszyliśmy w stronę granicy z Gwineą Bissau. Tym razem mimo obaw formalności przebiegły znacznie sprawniej - kilka pieczątek, kontrola dokumentów i mogliśmy ruszyć dalej. Za nami został Senegal, a przed nami otwierał się kolejny kraj naszej zachodnioafrykańskiej podróży. Na mapie odległość do Vareli nie wygląda imponująco. W praktyce okazało się jednak, że afrykańskie kilometry rządzą się własnymi prawami.

Gwinea Bissau - w drodze do Vareli

Choć do pokonania mieliśmy zaledwie kilkadziesiąt kilometrów, droga zajęła nam blisko sześć godzin. Asfalt bardzo szybko się skończył, a jego miejsce zajęły piaszczyste dukty, głębokie koleiny i odcinki, na których trudno było uwierzyć, że to jedyna trasa prowadząca do celu. Nasz kierowca z niezwykłym spokojem omijał kolejne przeszkody, a my z każdą godziną coraz lepiej rozumieliśmy, dlaczego Varela uchodzi za jedno z najbardziej odległych miejsc na wybrzeżu Gwinei Bissau.

Gwinea Bissau - w drodze do Vareli

Im bardziej oddalaliśmy się od głównych tras, tym rzadziej spotykaliśmy samochody. Mijaliśmy niewielkie wioski, pojedynczych rowerzystów i ludzi wracających do domów przed zmrokiem. Z każdą godziną cywilizacja zostawała coraz dalej za nami. Słońce zdążyło już dawno schować się za horyzontem. Gdy dotarliśmy na miejsce, było zupełnie ciemno. Varelę oświetlało jedynie kilka pojedynczych żarówek rozrzuconych między domami. Po wielogodzinnej podróży mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się na końcu świata. Następnego ranka, gdy słońce oświetliło otoczony palmami kampus Avo Anisa, zrozumieliśmy, dlaczego warto było pokonać tę drogę. Proste bungalowy ukryte wśród tropikalnej zieleni, cisza i wszechobecny spokój sprawiały, że trudno było uwierzyć, iż jeszcze poprzedniego dnia przez sześć godzin przedzieraliśmy się piaszczystymi drogami Gwinei Bissau.

Varela - w kampusie Avo Anisa

Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Atlantyku tuż przy naszym kampusie. Ścieżka prowadziła na piaszczyste klify, gdzie wśród bujnej roślinności ukryte były pozostałości dawnych portugalskich zabudowań – jedyne wyraźne ślady kolonialnej historii Vareli. Dziś natura niemal całkowicie odzyskała to miejsce, a z ruin rozciąga się widok na bezkresny ocean. Niewielu turystów zdaje sobie sprawę, że właśnie pod tym spokojnym wybrzeżem kryją się bogate złoża cyrkonu. Od lat pojawiają się plany ich wydobycia, jednak mieszkańcy obawiają się, że bezpowrotnie zmieniłoby ono charakter tego niezwykłego zakątka kraju. Opuszczając klify, przeszliśmy przez niewielki las eukaliptusowy. Jak opowiadano nam na miejscu, drzewa posadzono jeszcze w czasach portugalskich. Dziś tworzą przyjemny cień i są kolejną, choć mało oczywistą, pamiątką po kolonialnej przeszłości tego regionu. Pierwsze kroki w wiosce skierowaliśmy do lokalnego piekarza. Prosto z pieca wyjmował jeszcze gorące bagietki, których zapach roznosił się po całej okolicy. Zamówiliśmy kilka na śniadanie, po czym ruszyliśmy dalej piaszczystymi uliczkami Vareli. Co chwilę słyszeliśmy uśmiechnięte 'bom dia'. Dzieci z zaciekawieniem obserwowały przybyszów z Europy, by po chwili machać do nas z szerokimi uśmiechami. Proste afrykańskie domy, wszechobecny piasek i spokojny rytm codziennego życia sprawiały, że trudno było się tutaj spieszyć. Tuż obok miejscowego meczetu zatrzymaliśmy się przy wspólnym ogrodzie warzywnym. W jego centrum znajdowała się studnia, z której kobiety czerpały wodę do podlewania swoich grządek. Każda z nich uprawiała niewielki fragment ziemi, a całość tworzyła zieloną oazę pośród piaszczystej wioski. To był kolejny obraz pokazujący, jak silna jest tutaj lokalna wspólnota i jak wiele codziennych spraw mieszkańcy robią razem. Dopiero pod koniec spaceru dotarliśmy do świętego drzewa otaczanego szacunkiem przez miejscową społeczność. Już z daleka zwraca uwagę jego niezwykły pień wyrastający z zamkniętego niemal w idealny okrąg korzenia. Dla nas był to niezwykły okaz przyrody, dla mieszkańców – miejsce związane z lokalnymi wierzeniami i przekazywane z pokolenia na pokolenie. Kilkaset metrów dalej ponownie usłyszeliśmy szum Atlantyku. Spacer zakończyliśmy na rybackiej plaży, gdzie na piasku spoczywały kolorowe drewniane łodzie. Kilku rybaków przygotowywało sieci do kolejnego połowu, inni właśnie wracali z morza. Tutaj czas zdawał się płynąć dokładnie tak, jak od pokoleń – w rytmie oceanu. Varela nie zachwyca zabytkami ani wielkimi atrakcjami. Urzeka spokojem i autentycznością. Tutaj nikt nie udaje niczego dla turystów - po prostu żyje swoim rytmem. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że najciekawsze spotkanie całej wyprawy czeka na nas zaledwie kilka kilometrów dalej. Aby do niego dotrzeć, ponownie musieliśmy zostawić naszego busa i przesiąść się na zupełnie inny środek transportu...

Varela - na plaży rybackiej

Varela - dzieci z szerokimi uśmiechami :)

Varela - na plaży rybackiej

Varela - łódź na plaży rybackiej

👑 TAM, GDZIE GRANICE NIE MAJĄ ZNACZENIA

Myśleliśmy, że droga skończyła się w Vareli... ale późnym popołudniem okazało się, że to dopiero początek. Przed kampusem pojawiło się kilka motocykli. Każdy z kierowców miał zabrać jedną osobę. Samochodem nie dało się tam dojechać – dalej prowadziły już tylko wąskie, piaszczyste ścieżki ginące w gęstej afrykańskiej dżungli. To właśnie dzięki naszemu lokalnemu przewodnikowi mogliśmy uczestniczyć w spotkaniu z tradycyjnym królem ludu Diola. Dla zwykłego turysty jest to doświadczenie praktycznie nieosiągalne. To on zorganizował wszystko i zadbał o każdy szczegół. Jeszcze przed wyjazdem usłyszeliśmy jedną ważną prośbę: nikt z nas nie mógł mieć na sobie czerwonego ubrania. Ten kolor zarezerwowany jest wyłącznie dla króla i okazanie mu w ten sposób szacunku jest elementem miejscowej tradycji. Po chwili motocykle ruszyły. Początkowo droga była jeszcze dość szeroka, jednak z każdym kilometrem zmieniała się w coraz węższą ścieżkę przecinającą gęstą dżunglę. Im dalej jechaliśmy, tym bardziej mieliśmy wrażenie, że znikamy z mapy. Za plecami zostawialiśmy ostatnie ślady cywilizacji. Piaszczyste koleiny, zwisające gałęzie i wszechobecna zieleń sprawiały, że chwilami trudno było uwierzyć, iż tą trasą codziennie poruszają się mieszkańcy okolicznych wiosek. Przejazd trwał znacznie dłużej, niż się spodziewaliśmy, i sam w sobie był już niezwykłą przygodą. W końcu wśród drzew pojawiły się pierwsze zabudowania niewielkiej wioski. Nie zaprowadzono nas jednak od razu do króla. Najpierw zostaliśmy zaproszeni do wydzielonego miejsca spotkań. Czekały tam przygotowane dla nas krzesła, a mieszkańcy z zaciekawieniem obserwowali niezwykłych gości z Europy. Po kilku minutach oczekiwania pojawił się król. Nie był sam. Towarzyszyło mu dwóch mężczyzn, którzy zajęli miejsca tuż obok. Dopiero w trakcie rozmowy dowiedzieliśmy się, że należeli do jego najbliższej rodziny i wspólnie z nim uczestniczą w podejmowaniu ważnych decyzji dotyczących społeczności. Zanim padło pierwsze pytanie, przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Chyba każdy z nas próbował poukładać sobie w głowie, jak niezwykły jest to moment. Mieliśmy świadomość, że uczestniczymy w spotkaniu, którego nie da się zaplanować, kupując zwykłą wycieczkę. Dopiero podczas rozmowy zaczęliśmy rozumieć, że nie spotkaliśmy „króla” w europejskim znaczeniu tego słowa. Nie rządził państwem ani nie sprawował władzy politycznej. Był strażnikiem tradycji, mediatorem i autorytetem dla społeczności Diola żyjących po obu stronach granic. Dla ludzi zamieszkujących pogranicze Gambii, Senegalu i Gwinei Bissau granice państw zmieniały się na mapach, ale ich wspólna historia i tożsamość pozostały takie same. ❓Kim są Diola?  Na nasze pierwsze pytanie król odpowiedział bez chwili wahania. O swoim ludzie mówił z wyraźną dumą. Diola należą do najstarszych społeczności Senegambii i od ponad tysiąca lat zamieszkują tereny dzisiejszej Casamance, południowej Gambii i północnej Gwinei Bissau. Ich historia zaczęła się na długo przed wytyczeniem współczesnych granic. Dopiero wtedy zaczęliśmy rozumieć, dlaczego granice państw nie odgrywają dla Diola takiej roli jak dla Europejczyków. Ich społeczność istniała tutaj na długo przed kolonialnymi podziałami, które rozdzieliły ją między trzy państwa. ❓Jaka jest dziś rola króla? Nie sprawuje władzy politycznej, ale jest strażnikiem tradycji, autorytetem i mediatorem w sprawach dotyczących społeczności Diola. Z rozmowy wynikało, że w sprawach dotyczących ludu Diola jego zdanie nadal ma ogromne znaczenie, a przedstawiciele władz Gambii, Senegalu i Gwinei Bissau liczą się z jego opinią. Dla nas było to zupełnie inne spojrzenie na władzę i autorytet. ❓Dlaczego granice nie mają znaczenia? Król tłumaczył, że granice wytyczyli Europejczycy. Społeczność Diola pozostała jednak tam, gdzie żyła od pokoleń. Rodziny zostały podzielone między trzy państwa, ale tradycje, język i zwyczaje przetrwały. Słuchając tych słów, coraz lepiej rozumieliśmy, dlaczego to właśnie tradycyjny przywódca jest dla wielu mieszkańców symbolem ciągłości i wspólnej tożsamości. Rozmowa trwała znacznie dłużej, niż się spodziewaliśmy. Na zakończenie król zgodził się, abyśmy zrobili sobie z nim pamiątkowe zdjęcia. Był to miły gest i jednocześnie wyjątkowa pamiątka ze spotkania, którego z pewnością długo nie zapomnimy. Po pożegnaniu ponownie wsiedliśmy na motocykle. Nasi kierowcy zabrali nas jeszcze w jedno miejsce. Tym razem ścieżki prowadziły w stronę Atlantyku. Jeszcze przez jakiś czas motocykle przedzierały się przez piaszczyste ścieżki. W końcu drzewa ustąpiły miejsca wydmom, a naszym oczom ukazała się szeroka, zupełnie pusta plaża. Nie było tu hoteli, restauracji ani tłumów turystów. Tylko ocean, miękki piasek i zachodzące słońce. Patrząc, jak ostatnie promienie znikają za horyzontem, trudno było o piękniejsze zakończenie tego niezwykłego dnia. Jeszcze kilka godzin wcześniej przemierzaliśmy motocyklami ścieżki afrykańskiej dżungli. Teraz siedzieliśmy na bezludnej plaży, obserwując zachód słońca i słuchając jedynie szumu fal Atlantyku... Do dziś nie potrafimy wskazać na mapie miejsca, w którym spotkaliśmy króla. Nie włączyliśmy GPS-u, a po kilkudziesięciu minutach jazdy przez dżunglę całkowicie straciliśmy orientację. Może właśnie dlatego to spotkanie wydaje się jeszcze bardziej niezwykłe – nie wszystko da się oznaczyć pinezką w Google Maps... 😉

Spotkanie z królem ludu Diola

Varela - zachód słońca nad Atlantykiem

🏛️ BISSAU – ŚLADY PORTUGALII I NARODZINY WOLNOŚCI

Nasz ostatni wieczór w Vareli zakończył się dokładnie tak, jak można sobie wyobrazić afrykańską noc. Siedzieliśmy przy ogniu do późnej nocy, a kobiety z wioski śpiewały i tańczyły w rytm bębnów oraz klaskania. Nad wszystkim unosił się zapach dymu i ciepłego, tropikalnego powietrza i trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka dni wcześniej spacerowaliśmy po zimowej Polsce. Nazajutrz rano mieliśmy ruszyć do Bissau, ale nie przypuszczaliśmy jeszcze, że pierwszy bohater tej drogi będzie miał niewiele wspólnego z afrykańską przyrodą, a dużo więcej... z naszym busem... Nasz bus dzielnie pokonywał kolejne kilometry czerwonych afrykańskich dróg, aż w pewnym momencie usłyszeliśmy charakterystyczny metaliczny zgrzyt. Spojrzeliśmy za okno - okazało się, że tłumik nie tyle odpadł, co... od dłuższego czasu ciągnęliśmy go za sobą po afrykańskiej drodze. Trzeba było zatrzymać autobus, oderwać go od podwozia i znaleźć dla niego nowe miejsce. Ostatecznie wylądował na dachu, tuż obok naszych walizek, gdzie odbył podróż aż do Bissau. Im bliżej stolicy, tym ruch robił się coraz większy. Po spokojnych drogach prowadzących przez wioski i lasy palmowe nagle znaleźliśmy się w gęstym miejskim ruchu. Samochody, motocykle, uliczni sprzedawcy, klaksony i piesi przeciskający się między pojazdami – Bissau przywitało nas prawdziwie afrykańskim chaosem. W stolicy Gwinei Bissau nikt nie widział w naprawie tłumika większego problemu. Kilka spawów, kilka minut pracy i autobus był gotowy na dalszą trasę. Afrykańska mechanika po raz kolejny okazała się zaskakująco skuteczna. Pierwszym przystankiem po przyjeździe do Bissau był Pomnik Wolności, upamiętniający walkę o niepodległość Gwinei Bissau. Tuż obok znajduje się dawny Pałac Prezydencki – budynek, który był świadkiem jednych z najbardziej burzliwych wydarzeń we współczesnej historii kraju. To właśnie tutaj rozgrywały się dramatyczne sceny podczas wojny domowej w 1998 roku, a później również w czasie kolejnych zamachów stanu. Do dziś na jego murach można dostrzec ślady tamtych wydarzeń. Po kilku godzinach spędzonych w autobusie był to również idealny moment na krótki odpoczynek. Tuż obok hotelu Império zatrzymaliśmy się w niewielkiej restauracji na obiad, zimne piwo po wielu godzinach jazdy smakowało wyjątkowo dobrze. Po krótkim przystanku ruszyliśmy do miejsca, które najlepiej pozwala zrozumieć historię współczesnej Gwinei Bissau – Fortaleza d'Amura. Dawna portugalska twierdza przez dziesięciolecia była symbolem kolonialnej władzy. Dziś mieści się tutaj mauzoleum Amílcara Cabrala oraz innych bohaterów walki o niepodległość. Wśród nich spoczywa również Ernestina 'Titina' Silá – jedna z najbardziej znanych uczestniczek walk wyzwoleńczych, która zginęła zaledwie kilka dni po Cabralu, jadąc na jego pogrzeb. Dla mieszkańców Gwinei Bissau pozostaje symbolem odwagi i poświęcenia. Trudno o bardziej symboliczne miejsce. Fort zbudowany przez kolonizatorów stał się miejscem pamięci człowieka, który odegrał kluczową rolę w zakończeniu portugalskiego panowania. Na terenie fortu zgromadzono również niewielką kolekcję sprzętu wojskowego z czasów wojny o niepodległość. Transportery opancerzone, działa i ciężarówki przypominają, jak zacięte były walki prowadzone w latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych XX wieku. Wśród eksponatów naszą uwagę przyciągnął jednak zupełnie niepozorny Volkswagen Garbus. Dopiero po chwili dowiedzieliśmy się, że był to samochód Amílcara Cabrala. To właśnie tym samochodem poruszał się Amílcar Cabral w Konakry. W styczniu 1973 roku został zamordowany zaledwie kilka miesięcy przed wywalczeniem niepodległości Gwinei Bissau. Patrząc na zwykłego Garbusa trudno było uwierzyć, że stał się niemym świadkiem jednego z najważniejszych wydarzeń w historii kraju. Najbardziej zaskoczyło nas jednak coś innego. Nie to, ile sprzętu wojskowego zgromadzono w forcie, ale jak niedawno rozgrywały się te wydarzenia. Gwinea Bissau wywalczyła niepodległość dopiero w 1973 roku, a Portugalia uznała ją rok później – po rewolucji goździków. To zaledwie kilkadziesiąt lat temu... Dla Europejczyka to zaskakująca perspektywa. W skali historii państw to właściwie jedno pokolenie. Dorastaliśmy w przekonaniu, że kolonializm jest odległym rozdziałem historii. Tymczasem tutaj uświadamiamy sobie, że jeszcze pokolenie rodziców wielu dzisiejszych mieszkańców żyło pod administracją kolonialną. Nagle łatwiej zrozumieć, dlaczego współczesna Gwinea Bissau wciąż szuka swojej drogi i dlaczego nie wszystkie problemy można oceniać z europejskiej perspektywy.  Po opuszczeniu fortu wróciliśmy do centrum miasta. Kilka minut później stanęliśmy przed Katedrą Matki Bożej Gromnicznej – najważniejszą świątynią katolicką w kraju. Jej jasna fasada i spokojne wnętrze stanowiły wyraźny kontrast wobec historii, którą jeszcze przed chwilą poznawaliśmy w murach dawnej twierdzy. Choć Gwinea Bissau jest krajem niezwykle zróżnicowanym religijnie, to właśnie tutaj najlepiej widać, jak przez stulecia przenikały się wpływy portugalskiego katolicyzmu, islamu oraz tradycyjnych wierzeń afrykańskich. Kilka ulic dalej wznosi się ogromny meczet, a mieszkańcy różnych wyznań od pokoleń żyją obok siebie. Niedaleko katedry zatrzymaliśmy się jeszcze na Mercado Artesanal Bissau – niewielkim targu rękodzieła. Nie był tak duży jak Craft Market w Bandżulu, ale właśnie tutaj znaleźliśmy jedną z najbardziej niezwykłych pamiątek z całej wyprawy. Wśród drewnianych masek, rzeźb i kolorowych tkanin naszą uwagę przyciągnęła figurka D'mba. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli ludów zamieszkujących pogranicze Gwinei, Gwinei Bissau i południowego Senegalu. Symbolizuje płodność, dobrobyt, pomyślność oraz opiekę nad wspólnotą. Dziś w sklepach z rękodziełem często przedstawiana jest jako strażniczka domu lub opiekunka domowego ogniska, choć jej znaczenie jest znacznie głębsze i wywodzi się z tradycyjnych wierzeń obecnych w tym regionie na długo przed pojawieniem się chrześcijaństwa i islamu. Po zakupach ruszyliśmy w stronę Stadionu Narodowego 24 Września – najważniejszego obiektu sportowego w kraju. To właśnie tutaj swoje mecze rozgrywa reprezentacja Gwinei Bissau, a nazwa stadionu nawiązuje do 24 września 1973 roku, dnia ogłoszenia niepodległości. Po intensywnym dniu pełnym historii przyszedł wreszcie czas na chwilę odpoczynku. Późnym popołudniem, po zakwaterowaniu w hotelu postanowiliśmy jeszcze wykorzystać ostatnie godziny dnia i wybrać się na krótki spacer po okolicy. Kilka minut wystarczyło, by poczuć, że znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Asfalt przeplatał się z piaszczystymi poboczami, przy ulicach działały niewielkie warsztaty, a życie toczyło się przede wszystkim na zewnątrz. Dzieci bawiły się przed domami, kobiety wracały z zakupów, a mężczyźni kończyli pracę w przydrożnych zakładach. Nie była to okolica z turystycznych folderów. Wręcz przeciwnie – surowa, głośna i pełna codziennego życia. Ale właśnie takie miejsca najlepiej pokazują prawdziwe oblicze miasta. To nie był nasz pierwszy raz w Afryce, dlatego zamiast szukać atrakcji, po prostu chłonęliśmy atmosferę wieczornego Bissau. Tuż obok naszego hotelu wznosił się Wielki Meczet w Bissau. Monumentalny budynek sprawiał wrażenie, jakby wciąż trwały przy nim prace wykończeniowe, jednak już z daleka dominował nad okoliczną zabudową. Jeszcze kilka godzin wcześniej zwiedzaliśmy katolicką katedrę, a teraz spacerowaliśmy w cieniu jednego z najważniejszych meczetów w kraju - było to kolejne przypomnienie, jak różnorodna kulturowo i religijnie jest Gwinea Bissau. Uwagę przyciągały także kolorowe murale. Nie przedstawiały polityków ani bohaterów narodowych. Pokazywały zwykłych ludzi, afrykańskie motywy i sceny z codziennego życia. Doskonale pasowały do miasta, które z jednej strony nosi ślady portugalskiej przeszłości, a z drugiej żyje własnym rytmem... Rankiem ruszyliśmy w stronę Cap Skirring. Po raz kolejny czekały nas afrykańskie drogi, posterunki kontrolne i graniczne formalności, które po kilku dniach podróży przestały już robić na nas większe wrażenie. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Mlomp – niewielkiej miejscowości zamieszkanej przez lud Diola. To właśnie tutaj zachowały się charakterystyczne piętrowe domy budowane z drewna, gliny i czerwonej cegły. Są one prawdziwą rzadkością w tej części Afryki i od pokoleń dostosowywane były do życia wielopokoleniowych rodzin oraz miejscowego klimatu. Naprzeciw jednego z takich domów zauważyliśmy niepozorną tablicę wskazującą drogę do rezydencji króla Diola. Jeszcze dwa dni wcześniej pewnie przeszlibyśmy obok niej obojętnie. Po spotkaniu z królem wiedzieliśmy już jednak, że nie prowadzi do atrakcji turystycznej, lecz do miejsca będącego symbolem żywej tradycji i autorytetu, który dla wielu mieszkańców regionu nadal ma ogromne znaczenie. Za nami została Gwinea Bissau – kraj niewielki, ale pełen historii, który zaskoczył nas znacznie bardziej, niż mogliśmy przypuszczać, a przed nami był już ostatni etap naszej podróży – Cap Skirring, gdzie nad brzegiem Atlantyku mieliśmy pożegnać stary i przywitać nowy rok.

Bissau - Pomnik Wolności i Pałac Prezydencki

Bissau - widok z fortu Fortaleza d'Amur na port

Bissau - jeden z miejskich murali

D'Mba z Gwinei Bissau znalazła swoje miejsce również w naszym domu. Według miejscowych wierzeń czuwa nad domem i jego mieszkańcami. A nam każdego dnia przypomina, że świat jest ciekawszy, niż myślisz...

Czerwone drogi - w podróży do Cap Skirring

🎆 CAP SKIRRING – NOWY ROK PO AFRYKAŃSKU

Po spokojnej nocy i dobrym śniadaniu w hotelu Cisko nikt nie narzekał na niewyspanie. Tego dnia czekała nas jedna z atrakcji, do której podchodziliśmy z lekkim przymrużeniem oka – wyprawa na ryby na rzece Casamance. Przy przystani Katakalousse czekały już kolorowe drewniane łodzie z niewielkimi silnikami - odbiliśmy od brzegu i popłynęliśmy szerokim nurtem jednej z najważniejszych rzek Senegalu. Nie przeciskaliśmy się wśród namorzynów ani wąskich kanałów. Przed nami rozciągała się szeroka tafla spokojnej wody, a na brzegach co jakiś czas pojawiały się niewielkie wioski, łodzie rybaków i pojedyncze zabudowania. Początkowo traktowaliśmy całe łowienie bardziej jako ciekawostkę niż prawdziwe wędkowanie. Szybko jednak okazało się, że wciąga bardziej, niż można się było spodziewać. Gdy łódź stanęła na kotwicy, przyszedł czas na krótki instruktaż. Okazało się, że przynętą będą krewetki, a sukces zależy od refleksu. Nie czekaliśmy, aż spławik zniknie pod wodą. Wystarczyło zauważyć pierwsze delikatne drgnięcia i błyskawicznie podciąć. Brzmiało prosto... i rzeczywiście takie było. Trzeba było tylko wyczuć odpowiedni moment. Największą skutecznością popisała się oczywiście Fonia, która z szerokim uśmiechem wyciągnęła swoją pierwszą rybę z Casamance. Chwilę później szczęście zaczęło dopisywać również pozostałym uczestnikom wyprawy. Nawet mnie udało się w końcu dołączyć do grona szczęśliwych wędkarzy. Emocji było zaskakująco dużo i po kilku godzinach nikt już nie mówił, że to tylko 'turystyczna atrakcja'. To był po prostu świetnie spędzony poranek na wodzie, pozwalający zobaczyć Casamance z zupełnie innej perspektywy :) W doskonałych nastrojach wsiedliśmy do busa. Przed nami było już tylko krótkie popołudnie na plaży i regeneracja przed sylwestrowym wieczorem. Wydawało się, że nic nie jest w stanie tego planu pokrzyżować... I złapaliśmy 'gumę' - ale przebita opona okazała się jedynie krótkim przystankiem w drodze. Dzięki pomocy drugiego busa już po kilkunastu minutach dotarliśmy na jedną z ogólnodostępnych plaż Cap Skirring. Jeszcze przed wejściem przywitał nas niewielki targ. Kilka drewnianych straganów uginało się od pamiątek, kolorowych tkanin, rzeźb i lokalnych owoców. Nie było tu jednak pośpiechu ani natarczywych sprzedawców. A kilka kroków dalej naszym oczom ukazała się szeroka, niemal pusta plaża. Złoty piasek ciągnął się po horyzont, fale Atlantyku leniwie rozbijały się o brzeg, a woda miała temperaturę, o której zimą, a nawet latem w Polsce można tylko pomarzyć. Największym zaskoczeniem okazały się jednak... krowy. Spokojnie spacerowały po plaży, nie zwracając większej uwagi ani na turystów, ani na ocean. Dla miejscowych był to zupełnie normalny widok, my natomiast jeszcze długo przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Trudno o bardziej afrykański obrazek – tropikalna plaża, palmy, ciepły Atlantyk i stado krów przechadzających się po piasku. Po intensywnych dniach spędzonych na czerwonych drogach Gambii, Senegalu i Gwinei Bissau taki odpoczynek był dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. Słońce, ciepła woda i brak jakiegokolwiek pośpiechu pozwoliły na chwilę zapomnieć o kolejnych kilometrach, granicach i przygodach z naszym busem. Przed nami był jeszcze sylwestrowy wieczór, ale na razie po prostu cieszyliśmy się chwilą.

Po kilku godzinach spędzonych na plaży wróciliśmy do hotelu Cisko, żeby chwilę odpocząć i przygotować się do sylwestrowego wieczoru. Nikt nie spodziewał się wielkiego balu z fajerwerkami i pokazami światła. Liczyliśmy raczej na spokojne powitanie Nowego Roku w afrykańskim klimacie - i tak właśnie było. Wieczór rozpoczął się wspólną kolacją. Stoły szybko zapełniły się gośćmi z różnych krajów, a atmosfera z minuty na minutę stawała się coraz bardziej swobodna. Gdy na scenie pojawili się lokalni muzycy, trudno było usiedzieć na miejscu. Najpierw rozbrzmiały tradycyjne bębny, potem afrykańskie rytmy przeplatały się z bardziej współczesną muzyką, a parkiet niemal od razu zapełnił się tańczącymi ludźmi. Najbardziej podobało nam się jednak to, że nie było podziału na obsługę i gości. Wspólnie bawili się mieszkańcy Cap Skirring, pracownicy hotelu i turyści. Nikt nie patrzył, kto skąd przyjechał - liczyła się dobra zabawa, uśmiechy i muzyka :) Nie zabrakło oczywiście pamiątkowych zdjęć, wspólnych toastów i rozmów z nowo poznanymi znajomymi. Koniec roku można świętować wszędzie na świecie, ale afrykańska energia ma w sobie coś wyjątkowego, więc kiedy wybiła północ, nikt nie spieszył się do pokoi. Muzyka grała jeszcze długo, a my mieliśmy wrażenie, że Nowy Rok rozpoczęliśmy dokładnie tak, jak chcieliśmy – bez pośpiechu, w świetnej atmosferze i kilka tysięcy kilometrów od domu. 🌍🎉

Cap Skirring - plaża nad Atlantykiem

Cap Skirring - plaża nad Atlantykiem

Cap Skirring - plaża nad Atlantykiem

Cap Skirring - sylwester w hotelu Cisko

Cap Skirring - sylwester w hotelu Cisko

Tak prawie zakończyła się nasza afrykańska przygoda z Gambią, Senegalem i Gwineą Bissau. Prawie, bo przed nami jeszcze druga część tej opowieści ;) Przez kilkanaście dni zobaczyliśmy miejsca, do których samodzielnie pewnie trudno byłoby dotrzeć. Spotkaliśmy ludzi żyjących zupełnie inaczej niż my, odwiedziliśmy wioski, przeprawialiśmy się przez granice, płynęliśmy po Casamance, poznaliśmy lokalnych mieszkańców i przekonaliśmy się, że Afryka Zachodnia potrafi zaskoczyć każdego dnia. Najbardziej zapamiętamy jednak nie zabytki ani kolejne miejsca na mapie, lecz ludzi. Kobiety tańczące przy ognisku w Vareli, króla ludu Diola, mieszkańców Bissau, rybaków z Casamance i wszystkich tych, których spotkaliśmy zupełnie przypadkiem po drodze. To właśnie takie spotkania sprawiają, że podróż zostaje z nami na długo po powrocie do domu. Na koniec chcielibyśmy podziękować Rainbow za świetną organizację całej wyprawy. Trasa prowadząca przez trzy państwa, liczne przejścia graniczne i setki kilometrów afrykańskich dróg wymaga nie tylko dobrej logistyki, ale także dużej elastyczności. Ważną rolę odegrali również lokalni przewodnicy, dzięki którym mogliśmy lepiej zrozumieć historię, kulturę i codzienne życie odwiedzanych miejsc. To właśnie oni sprawili, że ta podróż była czymś więcej niż tylko zwiedzaniem kolejnych atrakcji. Jeżeli lubicie kierunki mniej oczywiste i nie boicie się odrobiny afrykańskiej spontaniczności, tę trasę możemy polecić z czystym sumieniem. To właśnie podczas wyprawy 'Królestwa ludu Diola' odkryliśmy, że najciekawsze historie nie kryją się w zabytkach, lecz w ludziach i ich codziennym życiu. 🌍 Wyjazd odbyliśmy jako pełnopłatni uczestnicy wycieczki. Artykuł powstał na podstawie naszych własnych doświadczeń i nie jest materiałem sponsorowanym.

Spodobał Ci się artykuł - nasza strona jest niekomercyjna i jak na razie jesteśmy jej jedynymi sponsorami ;) Ale możesz wesprzeć nas w prowadzeniu bloga stawiając symboliczną kawę i będzie miejsce na serwerze na kolejne fotki i teksty :) DZIĘKUJEMY!!! 

buycoffeeto btn primary